rageman.pl
Muzyka

Joni Mitchell – Travelogue

rok wydania: 2002

wydawca: Nonesuch

 

jak nieraz juz wspominalem, lubie artystow ktorzy sie zmieniaja, chca wciaz na nowo sie definiowac, nie boja sie experymentow. szanuje zespoly typu ac/dc czy ramones, ale nie potrafilbym ich sluchac. i wole jednak taka Joni Mitchell, ktora pomimo paru dekad obecnosci na scenie muzycznej wciaz kombinuje. inna sprawa, ze te eksperymenty nie zawsze sa udane. „Travelogue” najlepszym przykladem.

w czym rzecz? zamiast wydawac tradycyjny „best of”, Joni postanowila swoje najpopularniejsze kawalki solidnie przearanzowac. wprawdzie sa tu obecni tacy mocarze jak Wayne Shorter czy Herbie Hancock (za produkcje tradycyjnie odpowiada Larry Klein, w tym okresie juz tylko partner Joni w muzyce), to chodzi glownie o obecnosc orkiestry.

niby wszystko gra, doslownie i w przenosni. nie ma takiego rozjazdu jak na metallicowej „S&M”, gdzie zespol swoje, a orkiestra swoje. a jednak te interpretacjie nie tylko nie przekonuja, ale wrecz nudza. a jesli dodac do tego fakt, ze to dwie plyty, lacznie trwajace ponad dwie godziny, to robi sie z tego prawdziwa masakra dla uszu. moze gdyby sluchac tego bez skojarzen z oryginalami, to byloby lepiej. ale troszke ciezko sie slucha np „Woodstocku”, majac w pamieci urok oryginalu. nawet numery z „Wild Things Run Fast”, ktorym mogloby sie przydac odswiezenie brzmienia, srednio przekonuja (chyba tylko „Chinese Cafe” jako tako sie broni). brzmi to wszystko jak muzyka filmowa, ale z jakiegos slabego melodramatu. a momentami jest tak karykaturalnie, ze robi sie z tego jakis slaby musical. w takim „The Sire of sorrow” to nawet mamy obecny chor prowadzacy dialog z Joni.

totalna klapa rynkowa albumu swiadczy o tym, ze Joni chyba zbyt uwierzyla w mozliwosci wielbicieli. sorry Babe, ale ja na ten album sie nie pisze. juz predzej na dodatek multimedialny, gdzie mamy galerie obrazow Joni. calkiem sympatycznych.

 

najlepszy moment: CHINESE CAFE

ocena: 6,5/10

Leave a Reply