Joni Mitchell – Refuge Of The Roads
rok wydania: 1984
wydawca: Warner
ostatnia notka w tym roku, ostatnia o Joni Mitchell (przynajmniej na jakis czas).
kolejne dvd, dokumentujace trase promujaca album „Wild things run fast”. czyli wydarzenia osadzone niedlugo po tym, co zobaczylismy na wczoraj omawianym wydawnictwie. a jednak jest diametralnie inaczej.
chociaz wizualnie niby niewiele sie zmienilo. to dvd to rowniez zrzut z vhsu, wiec jakosci obrazu mozna sie domyslic. to wciaz lata 80te, wiec wciaz ciezko patrzy sie na samych muzykow (ale gwoli sprawiedliwosci – jest ciut lepiej, bo dramatu pt „zakiecik z rozyczka” nic nie przebije). no i wciaz ten sam patent na urozmaicenie obrazu – jeszcze wiecej wstawek filmowych ogladamy. z charlesem mingusem, z woodstockiem, takze obrazki z samej trasy, kiedy Joni bawila sie reczna kamera.
muzycznie to jednak zupelnie inna bajka od „Shadows and lights”, tak jak zreszta „Wild things run fast” roznil sie od „Mingusa”. chociaz na dvd kapela Joni brzmi jeszcze bardziej rockowo. bardziej zwarte formy, totalny brak solowek, improwizacji niemalze brak. ciezko w ogole ten sklad porownywac do poprzedniego. chociaz jesli chodzi o poszczegolnych muzykow to nie ma co ukrywac – Larry Klein (jak juz pisalismy – od tej trasy zwiazany z Joni juz na stale), chociaz ma niezly moment w „God Must Be A Boogie Man”, to nie magiczny Jaco Pastorius. a przygrywajacy na gitarze Michael Landau to raczej rockowy rzemieslnik, ktory nie mialby szans na zrobienie takiej kariery jak Pat Metheny. z drugiej jednak strony jest tez Vinnie Colaiuta. swoja droga paradoks – zaden z kolesia typowy rocker, a jednak to jego pieprzniecie jest tu najsolidniejsze.
piosenki? glownie rzeczy z promowanej wtedy plyty. czyli m.in. „Solid Love”, „Chinese Cafe” czy „You’re so square (baby I don’t care)”. ale tez wspomniany „God must be a boogie man” czy zagrany na sam koniec cudny „Woodstock”. koncert zyczen to to nie jest, ale tez sensu by sie przyczepic brak.
stad wiec troszke nizsza ocena niz w przypadku „SAL”? poniewaz tak naprawde to nie jest koncert, a nagrywka w studiu, z chamsko wstawiana sztuczna publika. nie jestem zwolennikiem takich praktyk. koncert, ktory de facto koncertem nie jest. takie praktyki mnie nie przekonuja. no ale co kto lubi.
kochaniency moi. jak sie rzeklo, to ostatnia notka w tym roku, wiec wypada cos w zwiazku z tym rzec. z sylwestrem jaja jak berety wyszly, ale w sumie jak dotychczas zauwazylem, w powiedzeniu „Jaki sylwester taki caly rok”cos jest na rzeczy, o ile mowa o sylwestrze konczacym rok, a nie go inaugurujacym.i tym razem cos czuje ze nie bedzie inaczej. (edit z ostatniej chwili: a moze jednak nie?). anyway, wierze ze Wy spedzicie ow event cudnie, miodnie i w ogole. tego zycze. a jesli chodzi o nadchodzacy rok? by byl lepszy. u Was byc moze jeszcze lepszy, u mnie po prostu lepszy. Muzyki cudnej, koncertow wysmienitych, marzen realizacji, pracy satysfakcjonujacej, Milosci spelnionych i innych mniej lub bardziej banalnych, a jednak waznych rzeczy. by „Dla Ciebie i ognia” stalo siebox officowym bestsellerem, a „Przeprawa” odniosla podobny sukces na rynku czytelniczym.by Chris Cornell sie wreszcie opamietal i nagral cos na miare plyt Soundgarden. by David Lynch wciaz krecil filmy. bym zostal wujkiem jakiegos kapitalnego Eusebio czy innego Carlosa. by Mazepka dostala pokojowa nagrode Nobla. a Picza, z calym szacunkiem i podziwem dla jego imidzwej wolnosci, nie farbowal juz wlosow na rozowo. no i zeby w koncu swiat okazal sie naprawde tak maly i jak o nim sie mowi, dzieki czemu moze znow jednego dnia… ten, no. stop. emo mode off. naprawde, Szczesliwego Nowego Roku!
najlepszy moment: WOODSTOCK
ocena: 6,5/10