rageman.pl
Muzyka

JoJo – Agápe

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Dawno nie było tu nic stricte popowego. Zapraszam do lektury wszystkich którzy wiedzą, że w muzyce najważniejsza jest Melodia.

Przykra sprawa z tą JoJo. Omawiany ponad rok temu mixtape „Can’t Take That Away Form Me” był na dobrą sprawę mixtapem tylko z nazwy. Po pierwsze, nie miał on nic wspólnego z hiphopem, z którym zazwyczaj wydawnictwa tego typu są kojarzone (tudzież z elektroniką… no, ale na pewno nie z popem). Po drugie i najważniejsze – to była kolejna „normalnych” (tj. reprezentujących poziom płyt oficjalnych) piosenek. Kluczem do zrozumienia wydawnictwa były niewesołe okoliczności, w świecie showbizu oznaczające zazwyczaj konflikt na linii artysta-wytwórnia.

Mamy 2012 i kolejny mixtape. Czyli co? Dokładnie ta sama sytuacja – wytwórnia wciąż zwleka z wydaniem następcy wydanego w 2006 roku „The High Road”. Choć po wgłębieniu się w temat trzeba uczciwie przyznać, że wina leży także po stronie JoJo, która już kilkakrotnie zdążyła skasować dotychczas zarejestrowany materiał… Nieważne. Okoliczności omawianych wydawnictw może i są ciekawe, ale nie one są tematem recenzji. Po wysłuchaniu w otwierającym nowy mixtape/album „Back2thebegginingagain” niewybrednego raczej ataku na wytwórnię przechodzimy do beztroskich pop-dźwięków.

Beztroskich? Czyżby? Już na poprzednim materiale JoJo pokazała, że nie interesuje ją bycie konkurencją nie tylko dla Rebecci Black czy Miley Cyrus, ale nawet i dla teoretycznie mierzących w bardziej wymagający target Cristiny Aguilery czy Lady Gagi. Innymi słowy – JoJo znów udowadnia, że takie terminy jak „eksperymentalny pop”, „awangardowy pop” to nie oksymorony.

Co najważniejsze i cieszące popowych purystów – nie oznacza to bynajmniej chwycenia za gitarę (wyjątek – „White Girl In Paris”, coverujący… Joni Mitchell. How cool is that?). O ile jeszcze przy omawianiu poprzedniego mikstejpu można było z mniejszą lub większą intensywnością odwoływać się do popularnych szufladek typu r’n’b czy teen pop, tak tutaj tylko „We Get By” pozwala mi wraz z piosenką schować się do bezpiecznej szufladki „urban music” (choć dźwięki kontrabasu solidnie mnie z niej wyrzucają, każąc bardziej wysilić swój marny namechecking). Reszta to już Przygoda. Cholera wie, dreampopowa? O, zostańmy przy pierwszym członie tego terminu, bo bardzo on tu pasuje. Np. taki „Can’t Handle The Truth” jest tak senny (nie chcę powiedzieć wieczorny, bo równie dobrze widzę go jako soundtrack do wstawania o świcie), że akcja potencjalnego teledysku do niego niechybnie rozgrywałaby się w łóżku. Równie niespiesznie podąża bit w „Take The Canyon” i „Billions” – choć ten drugi ma już aranż kierujący go bardziej na obrzeża Popu doskonale nam znanego z tv i radia. No i last but not least – „Andre”, chyba najbardziej przystępny, bo z aranżem złożonym z najmniej nieoczywistych elementów.

Właśnie – ten materiał znów inicjuje w mojej głowie może nie tyle wątpliwości, co refleksję do kogo właściwie jest kierowana ta muzyka? Kto będzie w stanie docenić te niesamowite aranże, harmonie, progresje? Kto zwróci uwagę na detale w czasach, kiedy nikt nie ma czasu (sic!) skupiać się na tego typu elementach, oczekując gotowych refrenów, gotowych hooków które chwycą od pierwszego przesłuchania? Jasne, wciąż jest dużo fanów ambitnego popu, tak jak dużo osób wciąż woli rock progresywny od bełkotu z Eski Rock. Ale bądźmy szczerzy – jesteśmy na wymarciu. A „Gangnam style” to jeszcze nawet nie koniec unicestwienia Popu, jaki znamy z płyt Jacko, Madonny czy Hall & Oates. Będzie jeszcze gorzej.

Problem także w tym, że nawet jeśli pojedyncze wydawnictwa miałyby siłę powstrzymać ten proces, to na pewno nie stanie się to za sprawą „Agape”. Wiem że na nieoficjalnym materiale można sobie pozwolić na więcej, ale to przeładowanie skitami/przerywnikami burzy kompletnie przyjemność z odsłuchu całości. Nigdy nie byłem fanem takich bzdurostek (tym bardziej, że nawet śmieszne one nie są ani w ogóle jakiekolwiek), ale o ile na płytach rapowych jestem w stanie przymknąć na nie oko jako nieodłączny element niemalże wryty w kulturę, tak takiemu bałaganiarstwu na pop produkcjach mówię głośne NIE. A zaproponowanie najśliczniejszego „Thinking Out Loud” w takiej demo wersji to już czysty skandal.

Dobrego Popu nigdy za wiele, ale ostrzegam niewtajemniczonych – „Agape” to nie jest najlepsze, co ma ta odmiana gatunku do zaproponowania.

 

najlepszy moment: WE GET BY

ocena: 7,5/10

Leave a Reply