Jimi Hendrix – Blue Wild Angel: Live At The Isle Of Wight
rok wydania: 2003
wydawca: Experience Hendrix LLC
noteczka spozniona, za co jak najmocniej przepraszam. ale nie wiedziec czemu zainstalowalo mi nowego Firefoxa, ktory mial problemy lekkie z blox.pl. ale juz niby wsio okej. updejty to zlo.
tym razem siegamy po konkretne wydawnictwo znow ze smutnych powodow. otoz przedwczoraj zmarl Mitch Mitchell, perkusista Jimi Hendrix Experience. a ze byl to muzyk niebanalny, wiec warto poswiecic mu notke.
wiec kontekst wydawnictwa taki: w ’70 roku odbyl sie w UK festiwal na wyspie Wight. brytole postanowili zrobic wlasne woodstock. koniec koncow impreza obfitowala we wszelkie mozliwe kontrowersje. zamieszki, dragi, afery natury organizacyjnej. odbyl sie festiwal sam w sobie zaslugujacy na dokumentacje. no ale nie wdajemy sie w zbytnio w szczegoly, bo nas interesuje co innego. wystep glownej gwiazdy wieczoru. Najlepszego Gitarzysty Na Swiecie. o, wlasnie tak.
coz, notka miala byc w intencji Mitchella, ale nie oszukujmy sie: trudno blyszczec bardziej od Hendrixa. natomiast kazdy kto ma uszy wie, ze Jimi dysponowal najlepszym „zapleczem” jakie moglo go spotkac. zwlaszcza jesli mowimy o tej konfiguracji muzykow, ktora wystapila na wyspie Wight. czyli Mitchell i „wypozyczony” z drugiego projektu Henka – Band Of Gypsys – Billy Cox. Mitchell, jazzujacy wrecz na perkusji, ktory nie tylko trzymal rytm, ale i sam zapodawal melodyjjnym graniem, swietnie pasowal do bujajacego, czarnego jak jego wlasciciel bassu. taka sekcje Jimi spokojnie mogl zostawiac sama na scenie, by zniknac sobie na zapleczu. najlepszy przyklad – „Foxey Lady” (tudziex „Foxy Lady”, jak kto lubi). Jimi opuszcza scene, bo… peklo mu cos w spodniach. i znika sobie na zapleczu na pare minut. pewnie 3/4 zespolow w takiej sytuacji albo by sie zesralo ze strachu co dalej albo przerwalo granie. tymczasem mitch i billy zapodaja rytmiczna improwizacje zycia. kosmos.
z drugiej strony… nie ma co ukrywac, ze na legendarnosc tego wystepu wplywa kontekst historyczny. poza kwestia festiwalu chodzi tez o to, ze byl to przeciez jeden z ostatnich gigow przed smiercia hendrixa. i moze wlasnie ze wzgledu na to ostatnie wartosc samego wystepu nie jest najwyzsza. nie da sie w zadnym wypadku powiedziec, ze chlopaki graja tak, jakby jutra mialo nie byc. widac to zwlaszcza po hendrixie. troszke znudzonym, jakby zmeczonym, przede wszystkim zas zirytowanym komplikacjami technicznymi. dlatego o wiele lepiej wypadaja szybkostrzelne strzaly, muzyczne petardy jak „Lover Man” czy „Purple Haze”. sam poczatek to niezla petarda. calosc zaczyna sie lekkim dezawi woodstocku. tyle ze zamiast hymnu usa mamy „god save the queen” (na filmie widac, jak chwile przed wejsciem na scene jimi pyta sie technicznego jak to lecialo… uah), w pewnym momencie przerwany fragmentem „sgt. pepper’s lonely heat club band. czyli znow uklon dla dziedzictwa narodowego brytyjczykow. ale potem juz mamy henkowa klasyke – „spanish castle magic” czy dylanowe „all along the watchtower”. no i tutaj ciut sie zaczynaja schody. bo to wykonanie „AATW” srednio przekonuje. ale juz 22minutowy „Machine gun” tutaj brzmi zwyczajnie nudno. rozlazle. jakos bez pasji. nie takiego hendrixa znamy. to wlasnie go odroznia od wymiataczy pokroju vai’a czy satrianiego, ze u niego jest melodia, jest ogien,a nie gitarowa masturbacja. a niestety to wykonanie „machine gun” zbliza do takiego dupnego grania, zwyczajnych popisow. jestem na nie.
na szczescie to jedyny tak ewidentnie kulejacy fragment. zreszta nawet slabiej grajacy zespol Hendrixa byl dla wielu poza zasiegiem. wtedy i dzis.
moglibysmy jeszcze pogaworzyc troche o samym koncercie. ale warto tez odnotowac kwestie samego wydawnictwa. tego, ze mamy tu poza dwoma plytami audio (total time to beda jakies 2 godziny) jeszcze dvd. a na nim m.in. koncert w wersji wizualnej. nawet jesli ciut skrocony, to wlasnie w takiej formie ten koncert nabiera sensu. bo mozna zobaczyc hendrixa grajacego zebami i jezorem na giitarze, totalnie skupionego na perkusji micthella i statycznego do granic przyzwoitosci coxa. no i cala ta hippisowska ferajne pod scena. co jeszcze? 4 numery, podczas ktorych mozna ogladac show z roznych kamer (ciekawe, choc raczej blahostka). wywiad z rezyserem (warto dodac, ze calosc to jednak znacznie wiecej niz dokumentacja wystepu kapeli hendrixa). no i na sam koniec dyskografia hendrixa i memorabilia. jest wyppasnie, krotko rzecz ujmujac.
chociaz z filmu mozna sie dowiedziec, ze jimi o dziwo znacznie bardziej wolal siedzenie w studiu niz granie na zywo, to dla mnie i tak wlasnie w warunkach scenicznych jego tworcczosc lsnila najjasniejszym blaskiem. i to dvd tego dowodem. nawet jesli nie najlepszym, to i tak wartym zakupu.
najlepszy moment: FOXEY LADY
ocena: 8,5/10