rageman.pl
Muzyka

Iza Lach – Off The Wire

2549911204-1rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Zanim skupimy się na samej zawartości muzycznej tego wydawnictwa pomówmy o okolicznościach powstania tego materiału, gdyż są one dla większości – co w sumie dość zrozumiałe – znacznie bardziej sensacyjne niż on sam. Zwłaszcza dla sceptyków, do których sam się zaliczam. W końcu ile mieliśmy tak medialnie rozdmuchanych kolaboracji na linii polski artysta – światowy artysta, które w praktyce okazywały się totalnymi ściemami albo w najlepszym wypadku kosmicznym wyolbrzymieniem szczęśliwego splotu okoliczności typu „pan światowa gwiazda po pijaku pomylił numery telefonów i dodzwonił się do studia nagraniowego, w którym akurat nagrywała pani polska gwiazda, która wstawiła tak zarejestrowaną rozmowę do swej piosenki”. Zresztą – jakiś czas temu mieliśmy sytuację bardzo podobną do dzisiejszej, kiedy to polska nieżal-gwiazda wystąpiła w jednym kawałku z gwiazdą światowego black music. Wiecie pewnie o kogo chodzi i pamiętacie, jak to reklamowano w polskich mediach.

Nie ma co ukrywać – fakt kolaboracji Izy Lach ze Snoop Doggiem też wzbudza nieufność. Bo niby powszechnie wiadomo – zaczęło się od wygrania przez Izę konkursu, w którym nagrodą było dogranie się do nowego kawałka autora „Doggystyle”. Ale żeby od razu cała wspólna płyta? Taka młoda siksa, której wciąż daleko do popularności choćby Moniki Brodki czy nawet Gosi Andrzejewicz, z G-W-I-A-Z-D-Ą światowego rapu? Dlaczego Snoop jako producent płyty ukrywa się pod pseudonimem „Berhane”, o której nikt wcześniej nie słyszał? Czemu wikipedia nic nie wspomina o tej współpracy? Czy nawijki Snoopa które słychać na płycie są premierowe czy wygrzebane z kosza i sprzedane podjaranym polaczkom? Dlaczego płyta o tak niewiarygodnym backgroundzie jest udostępniana za darmo? Co na to EMI, dotychczasowy wydawca Izy. And so on, and so on.

Ale nie bądźmy chujkami. Tym bardziej, że sam materiał ani przez chwilę nie trąci ściemą. Co jo godom – on jest świetny!

Nie będę ukrywał, nigdy nie podzielałem zachwytów blogosfery i nieżal-portali osobą Izy, ale zdecydowanie należy ją przypisywać do jasnej strony mocy polskiego popu. Ale tym materiałem zdecydowanie zbliżyła mnie do grona jej fanów, może nawet z przedrostkiem psycho-. W tych jedenastu trackach dzieje się tyle na płaszczyźnie zarówno kompozycyjnej, jak i przede wszystkim aranżacyjnej, że można by tym obdzielić wszystkie polskie pozycje na rocznej liście OLiSu. Do płyty nie dołączono creditsów, ale prawdopodobnie znów – wzorem „Krzyku” sprzed roku – to ona jest odpowiedzialna za kształt tych piosenek. Aha, jeśli ktoś nie wie – mówimy tu o koleżance z rocznika ’89. Jako osobnik, który w jej wieku wciąż uważał Toola za szczyt wyrafinowania muzycznego, wypada mi tylko paść na kolana i oddać hołd. Naprawdę, co trzeba mieć w głowie, by track tytułowy osadzić na tak kozackim loopie perkusjonalnych (trochę mi „1 thingiem” trąci, ale to przecież przeszlachetna inspiracja, rajt?), „I got ya back” dzięki wykorzystaniu smyków i chórków przekształcić w pieśń, która brzmi jak wyjęta z jakiegoś klasycznego musicalu sprzed ponad pół wieku, a „Yellow Brick Road” nadać tak minorowy klimat, by całość brzmiała jak soundtrack do pożegnania ze światem (albo piosenka… Radiohead)? Albo „Defend Your Love”, z tymi kosmicznymi, pinkfloyd-psychodelicznymi dźwiękami w tle, które zamiast prowadzić do jakiegoś przećpanego grande finale ustępują miejsca słodkiej, oldskulowej wstawce (w sumie to jest przećpane grande finale). Dziewczyno, nie kompromituj swych starszych kolegów po fachu, którzy nigdy do takich pomysłów aranżacyjnych nie dojdą.

Dobra, ale gdzie w tym wszystkim Snoop Dogg? Jest, jak najbardziej. Choć to nie są jakieś „gościnne rapsy”, bardziej coś jakby bardziej rozwinięte dopowiedzenia, alternatywne narracje do opowiadanych tu historii (zresztą niektóre piosenki są zupełnie pozbawione wokali Pana Dogga). W prawdziwą interakcję z głosem Izy wchodzi dopiero w kapitalnym, zmysłowym (Snoop Dogg w zmysłowym kawałku, koniec świata coraz bliższy) „Let Me B The 1”. Zastanawia mnie jednak, na jakiej zasadzie Snoop funkcjonuje tutaj jako „executive producer”. Bo chyba nie jako ktoś, kto miał wpływ na samą muzykę? Jeśli tak, to w sumie właśnie jesteśmy świadkami kolejnej, być może nawet największej sensacji. Fakt, chłopak lubi eksperymentować jak mało który mainstreamowy raper, ale żeby firmować materiał tak wyrafinowanie popowy? Jedyna rzecz, jaka tu ma wspólnego z funkiem to zwrotki „Back In Love”, ale mówimy tu o stricte funku, a nie jego g- odmianie.

I w sumie jedyne, czego można żałować, to małego potencjału instant przebojowości, który wspomógłby projekt na płaszczyźnie komercyjnej. Jeden „Set It Off” (który też z hiciarstwem nie ma wiele wspólnego) to może być za mało. A szkoda, gdyby skończyło się na podjarce użytkowników twittera i bywalców warszawskich hipsalonów.

(BTW czemu „Set It Off” jest tu w tak nagle ucinającej się wersji?)

 

najlepszy moment: LET ME B THE 1

ocena: 8/10

Leave a Reply