rageman.pl
Muzyka

Indios Bravos – Mental Revolution

rok wydania: 2006 (reedycja)

wydawca: My Music

 

Pozostajemy w klimatach okołoheyowych. Bo w końcu Indios Bravos to kapela Piotra Banacha, byłego guitarmana Heya. Pierwsza płyta „Part One” była udaną w miarę rzeczą, ale kariery nie przyniosła. Choć była solidnym fundamentem pod rewolucję, jaką wywołała druga płyta. Nie tylko mentalną rewolucję.

Nie każdemu musi się podobać to, co tworzy Banach pod tą nazwą. Dużo jest krytykantów IB. Nie znoszą fani indie i porcys.com. Bo wiocha, polskie zaściankowe granie z tej samej półki co Happysad i Pidżama Porno. Nie znoszą też, o dziwo, fani reggae. W sumie argumentacja ta sama – bo polskie reggae, zero progresu. Historia rocka i w ogóle muzyki pokazała, że najważniejsze kapele to te, których przynajmniej na początku ich istnienia nikt nie rozumiał. Czy tego typu analogia w przypadku IB jest profanacją?

Ok, face it: każda kapela, która wzbudza tyle kontrowersji, która przyciąga taką publikę jak Ich Troje, Happysad czy Indios Bravos, jest fenomenem. Kwestia, czy to fenomen socjologiczny czy muzyczny. Ale fenomen, nad którym trzeba się pochylić. Czy tylu ludzi może się mylić?

Czasem się okazuje, że szkoda czasu było na takie pochylanie się. W przypadku Indios Bravos zdecydowanie nie żałuję. Przyznam, że sporo hipokryzji w tych moich relacjach z Indios Bravos. Też lubię ponarzekać na nich, że szit, że zaścianek, że polskie granie dla gimnazjum. Ale idę na koncert i już po paru minutach obcowania z ich ofertą jestem rozwalony. Ostatnio znów zacząłem przysłuchiwać się uważniej temu zespołowi, a zwłaszcza „Mental Revolution”. I oto wniosek: ta płyta to esencja tego, czym jest Indios Bravos. A skoro już zauważyliśmy, że Indios Bravos jest dosyć ważnym zjawiskiem w polskiej muzie, wychodzi na to, że ta płyta również jest bardzo ważna. Idziemy z wnioskami dalej: „Peace!”, ostatnia płyta, jest niefajna. Bo na niej Banach wrócił do korzeni. Czyli rock lat 70., blues, te sprawy. To nie jest złe. Gorzej, że ta płyta brzmi ultraarchaicznie, ortodoksyjnie jak u black metali. Nie lubię płyt sprawiających wrażenie, jakby dla ich twórców pewnych dekad w muzyce nie było, jakby przez ostatnie dziesięć-dwadzieścia lat byli zahibernowani.

I już w tym świetle „Mental Revolution” jawi się jako coś całkiem niezłego. Bo jest ona rzeczą jakby w pół drogi między nowoczesnością debiutu a archaizmem „Peace”. A w praktyce – jest to reggae, ale z rockowym feelingiem. Nie rockowym typu blues, lata 70., hard rock, whatever. Tylko po prostu rockowym. Oczywiście, momentami np. się odzywają klawisze jak z Kultu, synonimu polskości w muzyce. Ale zaraz potem, w innym numerze, mamy typowy Bristol sound. Czyli jest równowaga. Złoty środek to naprawdę niezły wynalazek.

Tylko że takie dywagacje nt. gatunkowości muzyki okazują się być zwykłym pierdoleniem w obliczu prostego faktu – ta płyta zawiera w większości genialne melodie. Bardziej: „Nie rytmiczny me how”, „Czas spełnienia”, „Zabiorę cię”, „1865″ (choć to akurat cover Third World). Mniej: „Tak to tak”, „Pom pom”, „Mental Revolution” (również w remiksie) i parę innych. Średnich kawałków mało, ewidentnie słabych brak. Dobry bilans.

Taka jest istota muzyki, moim zdaniem. Jeśli jest dobra melodia, to można już startować z oceną przynajmniej czwórkową, zaliczenie jest. Możemy w ogóle gadać dalej wtedy. Więc pogadajmy. Jak już powiedziałem, dobre melodie są tu podparte dobrym soundem. Szacun dla Banacha, że sam to wszystko nagrał (zespół sformował dopiero na potrzeby koncertów) i wyprodukował. Brzmi nowocześnie, a jednocześnie swojsko, tak właśnie po polskawemu. Czyli indios-bravosowo.

No i najpotężniejszy as w rękawie tej płyty. Gutek. Tak właśnie powiem: jeden z najwybitniejszych głosów w polskiej muzie. Melody-man. Śpiew, który raduje serce. Tylko jedna uwaga, łyżka dziegciu niestety. Błagam, Gutek, pracuj nad akcentem. Z twoim angielskim nie da rady na zachód, choć muzyka zasługuje.

 

najlepszy moment: ZABIORĘ CIĘ

ocena: 7/10