Hey – Echosystem
rok wydania: 2005
wydawca: Sony BMG
jednak plyta jest genialna, tak dzis uznalem.
music music mi sie bardzo podobala. hey stary to wiadomo, klasyka. ale zamiana banacha na pawla krawczyka naprawde bylo najlepsza rzecza, jaka te kapele mogla spotkac. zwlaszcza ze pod koniec wspolpracy z banachem naprawde juz tracili na popularnosci. pojawienie sie krawczyka sprawilo, ze kapela odzyla. komercyjnie i artystycznie. zwlaszcza to drugie.
bo krawczyk to zupelnie inna bajka niz banach. inne korzenie, inna estetyka. zero bluesa, zero grunge’u. moze nie tyle indie rock, ale zdecydowanie blizej mu do white stripes niz pearl jam. a najblizej to chyba stereolab, modest mouse i takie klimaty. za czasow banacha to on sprawowal monopol kompozytorski. odejscie banacha nie spowodowalo jednak u reszty kapeli potrzeby przejscia szybkiego kursu komponowania. co zaowocowalo tym, ze teraz mozemy wrecz mowic o kapeli krawczyka. a konkretnie – krawczyka i nosowskiej, ktorej, jak wiadomo, krawczyk podpasowal nie tylko jako muzyk, ale i jako gospodarz wspolnego domu przede wszystkim. a ze nosowska juz na solowych albumach pokazala, ze estetyka starego hey’a jest jej calkowicie juz obca, wiec wyszly plyty jakie wyszly. [sic!] juz byl szokiem, choc dalej byla to rzecz dajaca sie zakwalifikowac jako rock. alternatywny, pixiesowaty, ale jednak. co juz w przypadku music music takie oczywiste nie bylo. mnostwo elektroniki, gdzieniegdzie nawet inspiracje hiphopiem… szok, ale polaczony z zachwytem.
i nagle na echosystem znow sie zrobilo gitarowo. regres? byc moze. albo powrot na wlasciwy tor po stylistycznym skoku w bok. takie dywagacje jednak nie maja sensu w obliczu faktu, do ktoego stwierdzenia musialem troszke dochodzic – echosystem to przede wszystkim swietne numery. kipiace pomyslami, bajecznymi harmoniami, swietnymi aranzacjami. kaminski to dla nich idealny producent, rozumie ten zespol jak nikt. zreszta, okazal sie takze niezlym muzykiem, zapodajacym niezla, doorsowa solowke na klawiszach w „na wiecznosc”.
zreszta, w ogole ten numer to kosmiczna sprawa. bo oto po raz pierwszy w historii dyskografii hey’a glowny wokal w numerze sprawuje ktos inny niz nosowska. a jest to oczywiscie krawczyk. czyli przypieczetowanie dominacji. ale efekt pyszny. ma koles niezly glos. dodatkowo go przepuszcza przez jakis vocoder czy cus. jednostajny beat, podklad niemal czysto elektroniczny. niesamowita przestrzen ten numer wystwarza. poruszajacy tekst. nosowska w chorkach. odlot. i chyba najlepszy numer na plycie.
tak, chyba. ciezko cos wyroznic, kazdy numer miazdzy i przede wszystkim – kazdy numer to potencjalny hit radiowy. w dobrym tego slowa znaczeniu. „mimo wszystko” – jedna z najpiekniejszych piosenek o milosci. tutaj z kolei solowka na harmonijce ustnej popisuje sie andrzej smolik.
temat gosci zamyka marcin macuk (pogodno, a niedawno i mtv unplugged hey’a) na basie w „leze tu, lezec chce”. ale i bez gosci jest roznorodnie. „luli lali” – najmocniejszy numer (choc bez przesadyzmu, ciezar to glownie riff w zwrotce) na plycie, jedyny ktory przywoluje jakies skojarzenia ze starym heyem. moze dlatego, ze za ten song odpowiedzialny jest marcin zabielowicz.
z kolei chrzanowski jest odpowiedzialny za „ty, ty, ty” – sliczna kolysanka, znow piekny tekst.
a poza tym, jak juz wspominalem: ultra przebojowosc. bogactwo aranzacji. harmonie wokalne, dwuglosy. dodatkowo pieknie to wszystko wydane.
rzadko kiedy sie zdarza, by tak znaczace odejscie od korzeni, jak w przypadku hey’a, bylo odbierane inaczej niz zagubienie sie, staczanie sie zespolu. w przypadku hey’a mozna mowic tylko o dojrzalosci. zarowno zespolu, jak i sluchaczy, ktorzy caly czas przy zespole trwaja. to jest jakis fenomen, bo naprawde mowimy o niemal dwoch roznych zespolach. oba smakuja wybornie. stary hey i nowy hey. wiecej, chyba malo kto wyobraza sobie, by mogli dalej brzmiec jak na ho! czy „?”. wszystko ma swoj czas. warto przy tym nadmienic, jesli o ile w przypadku poprzedniego profilu kapeli mozna bylo prawic zarzuty o zrzynanie z seattle, tak nie da sie powiedziec, ze nowy hey to proba wpasowania sie w indierockowa rzeczywistosc. hey byli pierwsi. oni kreowali i kreuja ow rzeczywistosc.
zreszta, jesli komus brakuje muzyki starego heya, to ma przeciez indios bravos. w przyrodzie nic nie ginie.
najlepszy moment: NA WIECZNOŚĆ
ocena: 7,5/10

