In Memoriam: Burke Shelley (10.04.1950-10.01.2022)
Jeszcze się 2022 na dobre nie zaczął, a fani muzyki już otrzymali pierwszy cios od losu. Choć być może, gwoli sprawiedliwości, należałoby zawęzić do fanów muzyki hardrockowej. I być może jeszcze konkretniej – w Polsce.
O specyficznym statusie Budgie pisałem kiedyś przy okazji recenzji albumu „In For The Kill”. Teoretycznie nazwa zespołu powinna byś szeroko rozpoznawalna, bo coverowali ich i Metallica (czyli największy z możliwych zasięgów osiągnięty), Iron Maiden czy Van Halen. A jednak patrząc na historię zespołu i ich osiągi na chartsach trudno wyzbyć się wrażenia, że jedyną naprawdę sensowną popularność, nawet większą niż w rodzimej Wielkiej Brytanii, osiągnęli w Polsce. Tu ich stawiano w jednym rzędzie z Led Zeppelin czy Deep Purple, tu przyjmowano ich jak rockowych bogów.
A bynajmniej nie chcę ich dyskredytować. Bo choć stawianie ich na równi z Led Zeppelin to gruba przesada, to sam zagalopowałem się określając ich w recenzji mianem drugoligowców. Patrząc przez pryzmat sprzedażowy – jak najbardziej miałem rację. Ale już w kategorii artyzmu i zasług sprawa nie jest taka prosta.
A najbardziej ją utrudnił żegnany dziś Burke Shelley – mastermind zespołu, od początku do końca kierujący tym statkiem. Człowiek, który dał mu nie tylko głos, ale i groove. Chyba nie ma drugiej tak szanowanej przeze mnie „profesji” w muzyce jak śpiewający basista. Jasne, śpiewający perkusiści mają jeszcze gorzej, ale raz że nie ma ich tak wiele, przez co można ich uznać za błąd statystyczny (sorry Phil Collins!), dwa że przeważnie i tak dzielą obowiązki wokalne z kimś innym w zespole.
A Burke grał i śpiewał. I to jak! Owszem, porównania do Geddy’ego Lee nie wzięły się przypadkiem. Ale od progrockowych wygibasów zdecydowanie bliżej było mu do rockowego pierdolnięcia. Prostszego, co nie znaczy że prostego – wystarczy sprawdzić takie kolosy jak „Zoom Club”. Czas nie obszedł się z legendą Budgie specjalnie łaskawie, ale i tak do tej muzyki będzie się częściej wracać niż do niejednego z dzisiejszych pupilków krytyków muzycznych.
Nie pozostaje nic innego jak otworzyć PIWKO, podkręcić rockowego wąsa i odpalić dziś Budgie na full głośność. Oczywiście z jedynego słusznego dla rocka formatu, czyli winyla (bo i tak w streamingu ich nie znajdziecie).