rageman.pl
Muzyka

Hunterfest 2006 (dzień drugi)

gdzie: Szczytno

kto: Fear Factory, Amorphis, Sick Of It All, Decapitated, Totem, Radio Bagdad i inni

Pobudka w Szczytnie bardzo wczesna. A to dlatego, że chcę zobaczyć, jak sobie dadzą radę na tak dużym festiwalu ziomy z Radia Bagdad. Gdy jednak pojawiam się na terenie festiwalu o 11.30, o której to zaplanowany jest występ RB, panowie dopiero się szykują. Czyli będziemy znów świadkami obsuwy. I jak się później okaże — znaaaaaaaacznej.

No ale. Dzięki temu załapuję się na występ pierwszej kapeli. Ciryam. Ja przepraszam bardzo, ale no nie pamiętam wiele z tego występu. Pani na wokalu, jakoś tak troszkę gotykiem to pachniało… Może za wczesna pora, może nie to miejsce… Może innym razem.

Teraz może popuszczę wodzy subiektywności, ale śmiem stwierdzić, że Radio Bagdad zasłużył swym występem na występ o późniejszej porze, dla znacznie większej ilości osób niż była obecna. Ba, śmiem wręcz zawyrokować, że za rok taka sytuacja nastąpi. W końcu mówimy już o zespole z podpisanym kontraktem. Widać — można się wybić. I to w przeciągu niecałych dwóch lat. Wiara we własną twórczość, upór, troszkę umiejętnego marketingu. No i jednak Muzyka przede wszystkim. Okej, łatwiej im było. Bo jednak propozycja muzyczna RB ładnie się wpasowuje jednocześnie w gimnazjalne klimaty pokroju Pidżamy Porno i happysad, a z drugiej strony — unosi się nad tym klimat nu-rockowej mody, zwłaszcza tej z pierwszej fali, która przyniosła The Strokes i The Hives. Łatwo więc byłoby zarzucić koniunkturalizm. Tym większe brawa dla panów za wymieszanie tego w takich proporcjach, że pozostaje to autentyczne, świeże, a dzięki lirykom Sielaka i oryginalne.

Oj, laurka powstała. A jednak nie był to koncert perfekcyjny. Bo nagłośnienie zdecydowanie nie stało po ich stronie. I niestety, choć widziałem panów pierwszy raz w takich warunkach, to nasuwa się wniosek, że zdecydowanie lepiej panowie wypadają w kameralnych, ach — punkowych warunkach, jak choćby z koncertu w gdańskim Infinium. Swoją drogą, w tamtej notce zastanawiałem się, czy zmiękczenie brzmienia nie jest brnięciem w ślepą uliczkę. Jak się okazało — miało to sens. Jest kontrakt, jest sukces. Gratuluję, chłopaki.

Niestety mżawka, która dała o sobie znać podczas występu Radia, z czasem zamieniła się w konkretną ulewę. Dlatego też ominęła nas spora ilość występów, m.in. Ametrii, Butelki czy Delight. W pewnym momencie ten konkretny deszczor zamienił się w takie oberwanie chmury, że trzeba było przerwać imprezę, co spowodowało jeszcze większą obsuwę. No ale co tam, nigdzie nam się nie śpieszy. Załapujemy się na podziwianie koncertów dopiero na wysokości setu zespołu Totem. Co tu dużo mówić — miazgaaaaaa. Wiadomo, jest death metal i death metal. My tutaj na tym blogu cenimy bardziej ten, w którym chodzi o coś więcej niż popisy techniczne i wpakowanie jak największej ilości nut w jeden takt. I my tutaj staliśmy się natychmiast fanami Totemu jako reprezentantów właśnie tego fajniejszego death metalu. Tym fajniejszego, bo wzbogaconego o dwa wokale. A jeśli dodamy do tego, że jednym z tych wokali jest pani Weronika (również od niedawna Sceptic), to już w ogóle robi się arcyciekawie. Bo chociaż jazda w obu wokalnych przypadkach jest growlowa, to i dało się wyhaczyć również kombinowanie. Zaraz, zaraz, czy dobrze słyszałem — melodie? Dodajmy do tego niezły kontakt z publiką (która, jak już wczoraj wspomniałem, była ewidentnie złakniona takich dźwięków) i wychodzi na to, że mamy do czynienia z zespołem, który ewidentnie powinien stanąć w szranki z Behemothem i Vaderem w walce o międzynarodową publikę.

No i z Decapitated. Panowie właśnie z tej kapeli zagościli na scenie po Totemie. Wstyd się przyznać, na żywo widziałem po raz pierwszy. I jedno mogę z pewnością już stwierdzić — kontrakt z Earache (jakby ktoś nie wiedział — wytwórnia amerykańska wydająca ekstremistów, w tym i moich ulubieńców z Anal Cunta) to nie przypadek. Sensacyjnie młody wiek muzyków może i pomógł, ale herezją byłoby w nim upatrywać źródła sukcesu. Są po prostu piekielnie dobrzy i tyle. Może mają zapędy w kierunku nudnego technicznego metalu, przez co staje się to muzyką użytkową przeznaczoną wyłącznie na koncerty, ale i w tej kategorii nie mają sobie równych. Dodatkowe plusy mają jeszcze za nowego frontmana zgarniętego z Atrophia Red Sun (nie wiem, jak sprawdzał się na żywo jego poprzednik — Sauron, ale wierzę, że zespół na tym transferze nie stracił) oraz za nietypową w tej muzie obecność tylko jednej gitary, co wcale nie zubaża brzmienia, a co więcej — zyskuje dzięki temu na czytelności. Klasa.

Temperatura już wysoka, a miało być jeszcze lepiej. Bo oto już do aktu destrukcji totalnej szykowała się pierwsza z zagranicznych gwiazd — Sick of It All. Co ciekawe, wcale nie nastąpiła wielka rotacja wśród publiki. Widać, że pomimo iż mamy tu do czynienia z legendą muzyki hardcore, to i fani nawet najbardziej ekstremalnych odmian metalu mogą się na takie brzmienia załapać. Choć większość publiki to byli ci, którzy najprawdopodobniej specjalnie na SOIA przyjechali do Szczytna. Czyli już na wstępie dobry kontakt z publiką zapewniony. Ale to nie mógł być zaledwie „dobry kontakt”. Przypomnijmy — mówimy tu o legendzie muzyki, której wizerunek tworzą m.in. genialne koncerty, na których zaciera się w sposób doszczętny bariera artysta–słuchacz. Koncerty, które dały światu takie zjawiska jak stage diving, singalongi czy radykalniejsze odmiany zabawy pod sceną (circle pit, anyone?). Oczywiście na tak dużej imprezie plenerowej o tak znacznej interakcji z publiką nie mogło być mowy, jednak SOIA to wyjadacze, którzy i w takiej formule potrafią się doskonale odnaleźć. Ale, ale. Dużo na koncercie było dla ciała i oka, ale najważniejsze jednak to, co dla ucha. Zarzuca się Sickom, że tworzą coraz to nudniejsze płyty, gdzie numery coraz mniej się od siebie różnią. Może. Ciężko obalić tę tezę argumentacją słowną. Posłużyłbym się bootlegiem z koncertu. Ani chwili nudy! A przecież i nowy materiał był. Inna sprawa, że hardcore to jednak koncerty, to w takich warunkach ta muzyka nabiera sensu. Słuchanie płyt hardkorowych jest jak lizanie czekoladowych Mikołajów. Może i przyjemne, ale tak nie można. Trzeba wszamać, przeżuć, przełknąć, by skumać, o co chodzi. W hardkorze chodzi o to, by się ściskać na koncercie z ludźmi, czuć pot obcych na sobie i oberwać przypadkowym ciosem karate. I to wszystko, choć w ograniczonej dawce, było. Uczta muzyczna (BRZMIENIE!!) i kapitalna zabawa. Pierwszy WIELKI koncert festu. I żal, że tak krótko trwający.

Przez konferencję z Fear Factory, w której miałem przyjemność brać udział, odpadły koncerty Hurtu i Huntera. By jakiś wielki żal, nie powiedziałbym. Dobrze natomiast, że udało się zobaczyć drugą gwiazdę wieczoru (Hunter gwiazda? No dajcie, dzieciaki, spokój) — fiński Amorphis. Przyznam, że bym był fanem, to raczej tak niezbyt. Ale naprawiam swój błąd. Kapitalnie melodyzujący metal bez uszczerbku na obecności tak zwanego Jaja. Czyli ciężar dający się słuchać, a nawet wpadający w ucho. Okazuje się, że Finlandia staje się (jeśli już się nie stała) kolebką gitarowego grania na miarę Manchesteru czy Seattle. Przy czym, w przeciwieństwie do tamtych wiosek, tutaj panuje większa jednorodność. Różnie z tym ciężarem jest (no chyba, że The Rasmus i HIM potraktujemy jako przykry wyjątek), ale reszta zadziwiająco zgodna. Melodia i mrok. Tylko że trzeba uważać z proporcjami. Bo może wyjść śmiesznie, jak u Children of Bodom. U Amorphis ta mikstura ciężaru (choć u nich też z tym różnie bywa — raz growlem potrąca, by innym razem pogłaskać HIM-em… ale what do ya know — wychodzi to zajebiście!), klimatu i przebojowości zadziałała arcyciekawie. Tyle muzyki. A show? Może pan lider do wulkanów energii się nie zalicza, ale jest na tyle charakterystyczny (nie tylko ze względu na pokaźne dredy) i przekonujący, że niewątpliwie zespół zyskał dużo dzięki obsadzeniu go w roli nowego frontmana. Zaskakująco zajebisty koncert.

No dobra, ale wiadomo, że w całej tej imprezie chodziło o występ właśnie TEJ kapeli…

FEAR FACTORY.

Godzina 2.00. Późno jak na koncert. Ale jednak, choć daleko mi do sadystycznych zapędów i domagam się humanitarnego traktowania ludzi, a zwłaszcza muzyków, to jednak pora na występ takiej kapeli jak FF idealna. Laikom nie tłumaczymy, o co chodzi. A dla obeznanych w temacie przechodzimy od razu do konkretów.

Introoooooooo!
Wchodzą!!!!!!!

Lewa strona — nowy nabytek na basie, Byron Stroud (wcześniej Strapping Young Lad). Po prawej — Christian. Zero pozostałości po hip-hopowym wizerunku z okresu „Digimortal”. Metal attitude jak w mordę strzelił. Z tyłu Raymond Herrera za swoim megazestawem. W tle obrazek z ostatniego albumu „Transgression”. I właśnie od tego kawałka zaczynają. I już szał wśród publiki. Tak, publika zdobyta od pierwszej sekundy. Kontakt z gawiedzią oceniamy na ocenę szóstkową.

Burton. Przyznam, że oczekiwałem większej ruchliwości z jego strony. Owszem, stać w miejscu nie stał. Nieustanne gibanie się, zarzucanie ciałem. Ale wszystko w obrębie osi własnego ciała. Chociaż może za dużo oczekiwałem. Jedno jest pewne — Axl Rose he ain’t.

Ale to bzdury. Natomiast jedna rzecz nie daje mi spokoju jednak. Przy całym na_kolana_chamy uwielbieniu dla osoby Burtona C. Bella i jego wokalu jedna rzecz trzeba zauważyć. Perfekcja techniczna instrumentalistów (tak, PERFEKCJA) nie szła w parze z tym, co Burton prezentował. No, chłopak czasem po prostu nie wyrabiał przy śpiewanych partiach. Ale nie zmienia to faktu, iż, i na tym zakończmy tę kwestię, JEST I TAK GENIALNY.

Oglądanie setlisty przed koncertem uważam za paranoję. No po co pozbawiać się elementu zaskoczenia? Z drugiej strony powystrzelałbym co poniektórych Stefanów. „Linczpiiiin!”, „Zirosajgnaaal!”, „Repliiiiiiicaaaaaaa!” I tak w czasie każdej przerwy. No wiocha zwyczajna. Zwłaszcza że hasło „Replica” padało tak często, że miało się wrażenie, jakby tylko z tego numeru były Faktory znane. Rozumiem, każdy może mieć swego faworyta, no ale… Moim ulubieńcem zaś jest płyta „Obsolete” i nie obraziłbym się, gdyby setlista składała się głównie z tej płyty. Na razie nie jest źle — po początkowym „Transgression” rozbrzmiewają pierwsze dwa numery z „Obsolete” — „Shock” i hiciarski „Edgecrusher”. Uhhhh! Potem może ciśnienie opada, ale jeno minimalnie. Burton i spółka sięgają po numery z nowej płyty, jak i po starocie, ale te mniej mnie robiące. Albo inaczej — nie AŻ TAK wyczekiwane. Chociaż pewnie inni właśnie na te numery jak „Self Bias Resistor”, „Pisschrist” czy „Demanufacture” czekali. Dla mnie znów arcygorąco się zrobiło przy starociach absolutnych. „Martyr”, a zaraz po nim „Scapegoat” — no pięknie no. I już nie popuszczają. Przebojowy, numetalowy „Linchpin” jest o tyle szokiem, że przecież z wypowiedzi muzyków wynikało, że odcinają się od „Digimortala” grubą kreską. Miło, że zrobili wyjątek dla tego numeru. Robi się coraz bardziej killersko. „Cyberwaste” miażdży, ale to jeszcze nie TO… „ARCHETYPE”!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Dwa numery, które potwierdzają, że jednak i bez riffowego mistrza Dino Cazaresa Fear Factory ma rację bytu i nie odcina kuponów. Ale to jednak wieńcząca set właściwy „Replica” spotyka się z najlepszym przyjęciem… No cóż, każdy zespół ma takiego na koncie Hita Absolutnego. Dobrze, jeśli kariera się nie opiera na jednym tym hicie.

Krótka przerwa. Okrzyki na bis. Ale wychodzi sam Burton. I do podkładu z kompa niszczy wszystkich przepięknym „Timelessness”. I tym samym zapominam o tym, że dlaczego nie było „Zero Signal”, skoro do taktów tego numeru techniczni szykowali scenę. Zapominam o wokalnych mankamentach Burtona. Daję się ponieść genialności tego kawałka. Ale schodzę na ziemię i już tutaj oceniam ten koncert jako jeden z najlepszych w tym roku na polskiej ziemi, w tym wieku, w tym moim życiu.

 

najlepszy moment: FEAR FACTORY – Edgecrusher

ocena: 8/10 (zakładając że występ FF to okolice dziewiątkowe, a reszta tak na 7)