Hunterfest 2006 (dzień trzeci)
kto: Napalm Death, Indios Bravos, Lipali, Arakain, Chassis, Prana, Schizma i inni
No robaczki, ostatnie Wielkie Czytanie was czeka. Do opisania jest ostatni dzień Hunterfestu.
Jak już wspominałem, co za dużo muzyki różnorodnej, to niezdrowo. Dlatego nie katowaliśmy się występami od godziny 11.00 i przybyliśmy dopiero na koncert najbardziej chyba wyczekiwanego przeze mnie zespołu w kategorii POLSKA. Schizma.
Dwa i pół roku niewidzenia Schizmy live to zdecydowanie za długo. Potrzebowałem takiego grania jak tlenu. Dziwią tylko okoliczności. Metalowy fest, brak podłoża ideologicznego. Ale czy musi być? Czy zespoły hardkorowe muszą występować tylko dla „swoich”? Zresztą to nie pierwszy koncert Schizmy na tego typu imprezie, więc nie ma co mówić o szoku. Najwyżej o takim, jak doskonale potrafią kupić i metalową publikę, choć to przecież, pomimo nowoczesnych metalowych (by nie powiedzieć metalcore’owych) naleciałości, dosyć klasyczne granie. Żadnego growlowania, bardziej punkowe tempo — ot, nasza polska odpowiedź na występujący w tym samym miejscu Sick Of It All (choć różnice w muzie są na tyle duże, że jest to baaardzo luźne porównanie). Zresztą wydaje się, że publika w zdecydowanej większości taka sama jak na SOIA, tylko logo na ciuchach inne. I co najważniejsze — przyjęcie publiki (choć znacznie mniejszej) podobne. Solidne circle pity i mosh. No, hardcore to my w końcu.
Tradycyjnie było trochę pogadanek ze sceny, często w nurcie przekazu HC, choć niekoniecznie. Zwróciła uwagę wrzuta w kierunku „czołowego recenzenta ciężkiej muzy”. Czyżby chodziło o Makaka? (Notabene: podczas drugiego dnia był przebrany za… rycerza, trzeciego dnia przebił samego siebie, paradując w białych, „anielskich” szatach i z różową parasolką).
Anyway, koncert tradycyjnie świetny, choć jednak co koncert w klubie, to koncert w klubie. Czekamy więc na odwiedziny w Trójmieście.
Na kolejny zespół czekałem również z niecierpliwością, choć zdecydowanie mniejszą niż w przypadku załogi z Bydgoszczy. Ciekawość była spowodowana głównie osobą wokalisty Prany. I choć wydawało się, że byłem przygotowany na lekki szok, to jednak szczęka lekko opadła. Chłopczyk, góra 16 lat, w koszuleczce i krawaciku, jeszcze przed mutacją. Ale na pewno nie należy go skreślać. Zwłaszcza że pan (?) wokalista zdecydowanie zasługuje na skierowaną na niego uwagę. Od rapu po wrzask — bym powiedział, że nawet bardziej wczesny Deftones niż Limp Bizkit. I niestety, paradoksalnie, pod względem czysto muzycznym to wokal zasługuje na największe i być może jedyne pochwały.
Bo nie da się ukryć, że pomimo sprawności technicznej takich zespołów jest w samej Polsce tysiące. I tylko osoba wokalisty czyni z nich coś więcej. Jasne, można posłuchać, nawet w paru momentach się podjarać, ale zaraz pojawiają się wyrzuty sumienia, że tam gdzieś, na Śląsku czy też w Lubuskiem, jest mnóstwo zespołów wartych zobaczenia, które nie mają szansy wystąpienia przed tak liczną publiką, bo wszyscy w zespole są już pełnoletni.
By nie było jednak gorzko na koniec — o ile chłopaki z Prany nie znudzą się graniem, to mają jeszcze dużo czasu, by stać się zespołem wielkim. I tego im życzmy. Nawet jeśli powodów do takiego optymizmu nie ma tak wiele.
Kolejna załoga. Znowu gdańska reprezentacja. Pięknie, serce się raduje. I to jeszcze grają w porze, gdy już naprawdę sporo osób ich ogląda. Zresztą — przed nimi grała Schizma, zespół legendarny. W jakiś sposób to znamienne, co nie?
Chassis. Jak wspominałem w poprzedniej relacji z koncertu Chassis, będę śledził uważnie i dawał szansę. Więc śledzę i dostrzegam zmiany. Troszkę szokujące, ale zamortyzowane wcześniej przez Westego. Nie ma Jakobsa na perkusji i Pawła na gitarze. Zamiast nich muzycy Mess Age i Enadera. I chociaż jakiegoś zubożenia nie dostrzegłem, to jednak trochę szkoda. Zwłaszcza że to szare realia muzykowania w Polsce znowu zabrały nam dwóch naprawdę niezłych grajków…
No nic to, popatrzmy co mamy. A mamy, mimo wszystko, właściwie to samo. Czyli dobrze kopiącą muzę, która jednak wciąż trąci Kornem. Wiernych kibiców Chassis szalejących pod sceną (choć wydaje się — i co cieszy — że nie była to tylko ekipa z Trójmiasta). Tradycyjnie rozbrajającą konferansjerkę Miśka. I tylko energii w brzmieniu zabrakło, zresztą podobnie jak na wcześniejszych Pranie i Schizmie.
Aha, i jeszcze cover. Ale tym razem po raz pierwszy przeze mnie słyszany — „Sweet Dreams” Eurythmics. Nie mając nic do zarzucenia tej wersji, uważam jednak, że coverowanie tego numeru już jest takim banałem, że powinno być karalne. Może jednak znowu spróbować z Alice in Chains? I dalej dziwi brak „My Way”, skoro to przecież lansowany przebój.
Anyway, dalej będziemy obserwować poczynania panów, zwłaszcza że jest to na pewno rzecz, która bólu nie sprawia. A wręcz przeciwnie. Zwłaszcza teraz, po tej swoistej transfuzji. Może była ona niezbędna, who knows… może obserwujemy początek czegoś nowego. Who knows…
Głód na pizzę wygrał z chęcią zobaczenia występów Wu-Hae i Batalion d’Amour. Pojawiamy się dopiero na Maroon.
Taaaa… to byłoby zbyt piękne. Dlatego gdy Makak ogłasza, że Maroon nie wystąpi, opanowuje mnie jakiś zaskakujący spokój. Ale już po chwili mega wkurw. Bo niby choroba wokalisty, ale ja już panom organizatorom nie wierzę. Mamy więc za to sąsiadów nie z zachodniej, a południowej granicy. Czechów z Arakain.
Ale ja nie chcę Arakaina, ja chcę mojego Maroonika!
Chociaż taka postawa męczyła mnie przez pierwsze numery występu Czechów, to postanowiłem im w końcu dać szansę. Słusznie. Świetny koncert w kategoriach wizualno-emocjonalnych, jeśli mogę tak to ująć. Panowie postarali się o lekką scenografię, a i swoimi osobami przyciągali uwagę. Przede wszystkim jednak — kapitalny kontakt z publiką.
Arakain był traktowany na stronach Hunterfestu w kategoriach gwiazdorskich, ale takiego koncertu się jednak nie spodziewałem. Okej, niby czeski język jest nietrudny dla Polaka do wykumania, ale jednak ta łatwość w nawiązaniu kontaktu była zdumiewająca.
Okej, bądźmy szczerzy — nawet najbardziej wyrozumiali fani muzyki na hasło „czeski metal” muszą się uśmiechnąć. Ale Arakain przez ten ponadgodzinny koncert pokazał, że traktowanie ich wyłącznie w kategoriach egzotycznej ciekawostki byłoby wręcz herezją. Po prostu rasowy metal, oldschoolowy, ale w swej kategorii mistrzowski. I co ciekawe — czeski język, choć brzmi śmiesznie, to jednak w przypadku Arakain brzmiał zamierzenie groźnie, by nie powiedzieć — metalowo. Świetny koncert, jestem już fanem.
Przykrych niespodzianek ciąg dalszy — Habakuk nie dojechał. Hmmmm… chociaż jakiejś specjalnej rozpaczy wśród publiki nie dostrzegłem. Cóż, może takie pierwotne reggae przekraczało możliwości zdecydowanie najliczniejszych w Szczytnie fanów metalu… chociaż… ale o tym później.
W związku z absencją Habakuka (co i tak nie umniejszyło rozmiarów obsuwy) na scenę wskoczyła załoga Lipali. Czyli znowu Gdańsk, ale nie do końca. Zresztą o Lipali już pisałem tyle razy, że chyba nie ma sensu pisać, któż zacz. Można się skupić na ewentualnych nowościach i modyfikacjach.
Tym razem nasze power trio wystąpiło w… garniturkach. A konkretniej — dwóch wiosłowych, przy czym Lipa już po paru numerach zdjął ciążący mu gajerek. Nie da się jednak ukryć, że strój ten był jak najbardziej adekwatny. Bo granie Lipy to zdecydowanie rozrywka wręcz elitarna. Klasyczne rockowe, gustowne granie, któremu być może bliżej nawet do bardziej wymagającego gitarowego grania pokroju Sonic Youth niż tak zwanego czadowania. I rzutowało to na charakter występu. Kontemplacja. Smakowanie przezajebistego (wreszcie!) brzmienia. Transowe odpływanie. A wszystko podlane tradycyjnymi pogadankami (a raczej monologami, bo konferansjerka Lipy często wygląda tak, jakby mówił do siebie samego) lidera.
A jednak pod sam koniec byliśmy świadkami zaskakującego dysonansu. Bo oto do uszu dociera charakterystyczne gitarowe intro… bez jakiejś specjalnej zapowiedzi… zaraz zaraz…
„NÓŻ”!!!!!!!!!!!
Chyba nie trzeba dodawać, że był to najlepiej przyjęty numer podczas całego występu?
Uderzamy coraz lżej. Bo oto po Lipali scenę gospodarują Indios Bravos. Jeśli, według słów Sielaka z Radia Bagdad, ich zespół jawił się na Hunterfeście niczym kapela disco polo, to co mają powiedzieć panowie z Indios Bravos?
A jednak stała się rzecz niesłychana. Bo oto nagle pod sceną zebrał się pokaźny tłum, pełen kolorowych fanów reggae i co bardziej punkowych klimatów. Na telebimach obrazki z Babilonem, jamajskie kolory… normalnie Ostróda.
Genialne było to, że wreszcie można było odczuć totalne bezpieczeństwo. Żadnego pogo, żadnego chamstwa, żadnych szatanów, żadnego złowrogiego metala wymachującego pięściami. Hasło „muzyka miłości” nabrało tutaj naprawdę dla mnie sensu.
Szkoda tylko, że gdzieniegdzie dało się zaobserwować osłupiałych metali z grymasem na twarzy. Cóż… Tym bardziej, że zarówno obiektywnie, jak i subiektywnie, mógł to być jeden z najlepszych — jeśli nie najlepszy — występ polskiego zespołu na tym festiwalu.
Tak po prostu, panowie Banach, Gutek i ekipa przyjechali ze swoim pozytywnym przekazem, oczarowali wszystkich i odeszli w siną dal (choć nie, potem ich widziałem na Napalm Death hehehe). Banach to w końcu długoletni zawodnik Heya i wie, z czym się je rockowe koncerty. Ale obserwowanie Gutka z jego hiphopowymi niemalże odzywkami, działającymi na nerwy śmierć-metalowcom, to była czysta rozkosz.
Ale rozkoszą była przede wszystkim muzyka. Własna („Pom Pom”, wywołujący rejdzmenowe łzy „Czas spełnienia” czy przedziwnie przeklimacone „Drogi”), jak i w znacznej ilości cudza („To co czujesz, to co wiesz” Brygady Kryzys, „Redemption Song” Boba Marleya na sam koniec i — wielka dla mnie niespodzianka — „Between” Heya).
Co piosenka, to przeskok od totalnej, spazmatycznej radochy do prawdziwego wzruszenia. Magia, panie.
Po buszowaniu w przestworzach na koncercie Indios Bravos brutalne ściągnięcie na ziemię przez punkowo-metalowy przekaz Proletaryatu nie jawiło mi się jako najfajniejsza opcja, więc wolałem powoli odpływać na backstage’u hehe. Zwłaszcza że zejście na ziemię było niezbędne, by zobaczyć niespodziewaną gwiazdę (wobec nieobecności Children Of Bodom) trzeciego dnia festiwalu.
NAPALM DEATH.
Dłuższa przerwa techniczna, ale też bez przesady. Bo scenografia właściwie zerowa, trzeba było tylko przygotować instrumenty na totalną destrukcję.
Tak, to chyba najodpowiedniejsze słowo na opisanie tego koncertu. Totalna defloracja umysłów zarówno tych obeznanych w temacie, jak i zwłaszcza nieświadomych. Gdyby organizatorzy Hunterfestu dali Napalm Death od razu po Indios Bravos, tak jak było to w planach, moglibyśmy być świadkami czegoś na kształt rzezi niewiniątek.
Anyway, oglądanie koncertu grindcore’owego (zwłaszcza w wykonaniu niemalże ojców tego gatunku) to ciekawe zjawisko. Numery nie dłuższe niż 2 minuty, człowiek musi być cały czas na najwyższych obrotach, by zakumać co się dzieje.
Wszystko można by wręcz opisać następującym schematem:
- Zapowiedź wokalisty: „this next song is called tralalalalaichuj”
- Jedno wielkie instrumentalne TRRRRRRRRRRRRRRR
- Do tego TRRRRRRRRR dochodzi wokalne AAAAAAAAAARGHARRARARARRA!!!!
- Cisza i od razu „thank you” wokalisty
Na szczęście wokalista Mark to arcysympatyczny Angol z przezajebistym akcentem. Aż dziw bierze, że tak łagodnie usposobiony (?!?!) koleś może dowodzić TAKIM zespołem.
Fajne, sympatyczne pogadanki, choć przekaz wcale nie taki milusi. Oberwało się polityce (tradycyjnie Bush i Blair), ale też i Kościołowi. Przy czym nie było to zwykłe „fuck off”, ale racjonalnie uzasadniona argumentacja.
Właśnie, „fuck off”. Chyba w tym przypadku też mieliśmy do czynienia z zespołem, który ma na koncie jeden najbardziej wyczekiwany numer. W końcu zabrzmiał, ku uciesze wszystkich. „Nazi Punks Fuck Off!”. Nawet jeśli to cover Dead Kennedys, to wersja Napalm Death jest tak mocarna i własna, że trudno tu mówić o robieniu kariery na cudzesie.
Trzy słowa do czytających: krótko, intensywnie, genialnie. Myślę, że dobrze, że Childreni nie przyjechali. Zblazniliby się, stając w szranki z napalmdeathowymi bogami.
Czas na podsumowanie.
Zajebiście, że jest coś takiego jak Hunterfest. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jest już Metalmania. Tak — Metalmania z nałożonym embargo na inne niż metalmindowe zespoły.
A poza tym — ktoś sobie wyobraża Lipali czy Indios Bravos na Metalmanii?
Tak, Hunterfest jest potrzebny.
Zajebiście, że Cieszyn, że 3 godziny jazdy. Zajebiście, że trzecia edycja i postęp jest aż tak wyraźny. Trzy dni, zagraniczne kapele.
I tylko bukiet rózg za zbytnie pospieszenie się z robieniem międzynarodowego festiwalu. I nawet jeśli brak Childrenów czy Opeth niespecjalnie mnie zabolał, to jednak niesmak pozostał.
I tym milusim akcentem kończymy i liczymy dni do ogłoszenia składu Hunterfest 2007. Może znowu będzie warto jechać.
najlepszy moment: NAPALM DEATH – NAZI PUNKS FUCK OFF
ocena: 7,5/10

