rageman.pl
Muzyka

Hunterfest 2006 (dzień pierwszy)

gdzie: Szczytno

kto: Coma, TSA, Acid Drinkers, Farben Lehre, Molly’s Gusher, None, Sjel, Archeon, Jary Band

Oj, a będziecie mieli teraz czytane. Czas zrelacjonować najlepszy rockmetalowy fest w Polsce. Choć pewnie z tym epitetem nie każdy się zgodzi. Ale o tym później.

Dojeżdżamy dwoma pociągami do Szczytna koło godziny 16.00. Już w kolejce rzuca się w oczy dominacja czarnych barw. No w końcu metal fest, a Polska to jednak bardziej konserwatywny kraj, nieprzygotowany na ekstrawagancję kolorystyczną w wyglądzie. Szczytno. Miasteczko koło Olsztyna wielkości bardzo niedużej. Coś jak Malbork? No i zamek też ma. I właśnie między zamkiem a ślicznym jeziorkiem umiejscowiona była scena. Trzeba przyznać — za lokalizację należy się organizatorom duży plus.

Idziemy do punktu odbioru identyfikatorów i już na dzień dobry niemiła wiadomość — gwiazda pierwszego dnia festu, Opeth, nie zagra. Okazuje się, że sprzęt nie dojechał, cośtamcośtam. Niestety to wersja tylko oficjalna. Bo prawdziwa nie jest do dzisiaj zbytnio znana. Ale niestety znów sprawdza się stara maksyma, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniążki. I z tego samego powodu odpadła gwiazda dnia trzeciego — Children of Bodom. Wprawdzie, przyznając się bez bicia, strata w moim odczuciu zupełnie bezbolesna, ale rozumiem rozgoryczonych fanów (a akurat, sądząc po koszulkach fanów, wielbicieli Childrenów było na feście najwięcej). Tym większą ściemą pachnie odwoływanie dwóch występów w dniu, gdy te gwiazdy mają wystąpić. No coś tu nie halo. By nie było — doceniam postęp. Mówimy o trzeciej edycji festu, a już z takim gwiazdorskim składem i z takim rozmachem. Big respect za zrobienie koncertu Fear Factory. Marzenie się spełniło. Ale nie sposób nie przywołać kolejnego starego powiedzonka — nie potrafisz, to nie pchaj się na afisz. Najwyraźniej za wysokie progi dla panów z Huntera i ich menago. I nie ma, że Polska — heinekenowy Open’er pokazał, że można. Że może być wszystko dopięte na ostatni guzik. A organizacja Hunterfestu leżała i kwiczała. I jako osoba, która widziała to wszystko od niemalże środka, mówię to z pełną świadomością.

Ominęły nas występy paru kapel, jako że dzień festiwalowy zaczynał się już o 11.00 rano. I nawet z dwugodzinnym opóźnieniem (co niestety stało się normą każdego dnia) nie dało rady zobaczyć m.in. Wrinkled Freda czy reprezentantów Trójmiasta — Blindead. Chyba jednak tyle zespołów to była przesada, choć nie sposób nie docenić faktu, że stworzono szansę zaprezentowania się publiczności tylu kapelom, dla niektórych może jedyną szansę wystąpienia na tak dużej imprezie. Niestety w związku z obowiązkowymi obsuwami zespołom skracano sety do 3-4 numerów. Nie jest to dawka, która gwarantowałaby dobry występ. Kapela się rozkręca, razem z nią publika, a tu już trzeba zwijać kramik. W tak bardzo okrojonej dawce widzieliśmy występującego jako pierwszy po naszym przybyciu Jary Band. Czyli nie kto inny jak niegdysiejszy lider Oddziału Zamkniętego, Krzysztof Jaryczewski. Ciężko mówić o porywającym występie. Cieszy fakt, że Jary po problemach z głosem wrócił do gry i nagrywa albumy. Fajnie, że jest to melodyjne, acz nieodcinające kuponów od przeszłości (tj. od Oddziału Zamkniętego) granie. Ale to chyba nie był, najdelikatniej rzecz ujmując, ten czas i to miejsce. Obojętność publiki, niespecjalne zaangażowanie kapeli. Koncert się odbył. Tyle chyba można w tym temacie. Może innym razem będzie lepiej.

Występ kolejnego wykonawcy pokazał, że przynajmniej pierwszego dnia, ale chyba też i przez całość festu, panowała tendencja „im ciężej, tym lepiej”. Archeon zmasakrował metalem z piekła rodem, co spotkało się z zaskakująco dobrym przyjęciem. Wprawdzie dla mnie nie był to koncert wieczoru, ale doceniam i liczę na zobaczenie tej załogi w Trójmieście, plując sobie w brodę, że nie znałem panów wcześniej. Półgodzinny dobry wyziew.

Kolejna kapela — Sjel. Twór zupełnie mi nieznany wcześniej. I w sumie dalej nie wiem, co powiedzieć o tej ekipie. Rockmetalowo, z panią na wokalu. Chyba jakieś klawisze, jakieś echa Lombardu… Chyba znów — nie ten czas, nie to miejsce. Innym może razem.

Po kolejnej przerwie technicznej i kolejnym konferansjerskim występie Makaka, który z każdym objawieniem się sprawiał wrażenie coraz bardziej najebanego, sceną zawładnął bydgoski None. Byłem ciekaw tego występu, bo śledzę karierę tych panów i trochę martwiły mnie wieści z tego obozu — transfer jednej z głównych postaci, Olassa, do Acid Drinkers, problemy z wydającym ich Metal Mindem… Po występie panów stwierdzam — jest dobrze. A przede wszystkim — jest ciężko. Ciężej chyba niż kiedykolwiek. To już nie numetal, a nawet nie nowoczesne wyziewy pokroju Machine Head. Blasty niemalże! A przede wszystkim patrzę na lidera i zastanawiam się — whatdafuck? To ten sam Fajfer, numetalowiec z farbowanym jeżem na głowie, lansujący się na klipach Sweet Noise? W Szczytnie obserwowaliśmy kolesia z długimi czarnymi herami i zdzierającego głos aż niemiłosiernie. Bardzo udany lifting, panowie! Czekam na show w Gdańsku.

Następnie zaś zespół, dla którego zdecydowałem się być również i pierwszego dnia na Hunterfeście. Pierwszy raz widziałem Szwedów z Molly’s Gusher w Kwadratowej w październiku tamtego roku i było to dla mnie swego rodzaju objawienie. Koncert na 20 osób, a granie światowe. A przy okazji sympatyczna załoga, jak się okazało. Cieszę się, że promocja trwa dalej. Teraz kolejny występ przed wielką publiką, a już niedługo, według zapowiedzi pani menago — płyta w Metal Mindzie… Jak już wspomniałem — większość publiki to byli mniejsi lub więksi metalowi ekstremiści, a jednak została ona przez Szwedów kupiona. Ile w tym zasługi niekonwencjonalnej integracji w postaci rzucania kubków z piwem, to już inna sprawa… Nie zabrakło najbardziej przebojowego „Queen of My Heart”, jak i coveru Muse „Hysteria”. Dla mnie koncert dnia.

Wracamy na występ Farben Lehre. Farbeni w swoim stylu. Choć może „metalowe” okoliczności sprawiły, że był to znacznie bardziej punkowy koncert niż ten w ramach Punky Reggae Live 2006. Pozytywkowych melodii zero. Czysta sieczka dla starych załogantów. Hura, hura, matura itp. itd. A przede wszystkim „Judasz”. Mi znów zabrakło coveru Kobranocki. Niemniej — wszyscy, myślę, że byli zadowoleni.

Acid Drinkers to już tak dawno nie widziałem na żywo, że hej. A konkretnie to chyba jakoś w 2003. Więc trochę się pozmieniało od tego czasu. Nie ma już Lipy, choć wciąż ostatnim albumem zespołu jest „Rock Is Not Enough”, nagrany z Lipą właśnie. Co ciekawe, o ile pamiętam, na koncercie nie zabrzmiała ani jedna piosenka z tego albumu. Szkoda, bo to zdecydowanie jeden z najbardziej udanych krążków kwasożłopów. No ale może nowy gitarzysta nie lubi. Właśnie. Była to pierwsza okazja, by zobaczyć, jak się sprawuje wspomniany wcześniej Olass, który to porzucił None właśnie dla Acidów. Nie wiem, jak było z pierwszymi koncertami w tym składzie, ale teraz jest już pewne — Olasio się wtopił w kapelę doskonale. Na tyle, że ośmielę się zawyrokować, iż może być to już koniec problemów poznaniaków z gitarzystami. Wiadomo, Litzy nikt nie przebije. I już. Ale ośmielę się stwierdzić, że Olass jest najlepszym gitarzystą dla Acidów od czasu Roberta. Bo to nie chodzi tylko o umiejętności gitarowe. Acidzi to też imidż, menelski stajl, jajo generalnie. Olass to wszystko ma + świeża krew. Co chyba obecnie jest niezbędne dla kapeli.

No właśnie. Bo o ile Olassa można uznać za największy plus występu Acidów, to za największy minus można uznać… Titusa. Gorszy dzień? Boję się, że nie. Dawno nie widziałem tak znudzonego, rutyniarsko traktującego występ muzyka. Bardzo bym chciał jak najszybciej zobaczyć znów Acidów, by móc stwierdzić, że nie, że przypadek, że wydawało mi się może. Bo niesmak pozostał po dziś dzień straszny. Tylko „Drug Dealer” i kapitalna wersja „Another Brick in the Wall” pozwalają uznać ten występ za przyzwoity. Ale nie sądziłem, że kiedykolwiek uznam występ powszechnie uchodzących niegdyś za sensację koncertową poznaniaków za „przyzwoity”.

W związku z absencją Opetha nastąpiła mała roszada w line-upie i tak oto gwiazdą pierwszego dnia festiwalu uczyniono… Comę. No ale zanim to nastąpiło, zaprezentowali się wyjadacze z TSA, którzy to bezpośrednio mieli poprzedzać występ Opeth. Wprawdzie całkiem niedawno widziałem Piekarczyka i spółkę. No ale wtedy to było akustycznie. Z prądem to panów widziałem z kolei na Festiwalu Jedynki w 2005 roku, gdzie były dwa numery i do domu. Więc teraz nadarzyła się okazja, by zobaczyć cały występ. I tak prawdę powiedziawszy, to niespecjalnie zostałem rozwalony. Ale zrzucam to na barki zmęczenia nadmiarem muzyki. Bo trzeba przyznać obiektywnie, że TSA to full profeska i tyle. W każdym aspekcie. Może i liryki w spokojniejszych numerach są na poziomie gimnazjalisty lub zniszczonego browarem i spalinami harleyowca, ale nie mają w swej dziedzinie lepszych. Take it or leave it, jak to mawiają.

Już było zdrowo po 1.00 w nocy, gdy po godzinnym występie TSA wyszli na scenę emocjonalni terroryści z Comy. Drugi raz ich widzę w przeciągu miesiąca, więc wszystko wskazywało na to, że zaskoczeń nie będzie. A jednak. Robienie z Comy, która ma dwie płyty na koncie, gwiazdy wieczoru ma sens nie tylko pod względem komercyjnym. To nie są znudzeni graniem Acidzi z tą samą setlistą od miesięcy. Niby materiał nieduży, a jakże inny to był koncert od tego w Gdańsku! Okoliczności podobne — ograniczenie czasowe, publika niekoniecznie przyszła specjalnie dla nas. Wyzwanie. Podołali. Choć zaczęli tradycyjnie od „Zaprzepaszczonych sił wielkiej armii świętych znaków”, tak już później było inaczej niż w Gdańsku. Był highlight każdego występu — „Leszek Żukowski”. Ale były też i numery nieobecne w Gdańsku, jak „Zbyszek” czy prześliczne, wieńczące występ „100 tysięcy jednakowych miast”. Trochę za późno ta notka powstaje, by pamiętać, co było, a czego nie (zwłaszcza że trochę koncertów godnych spamiętania tego dnia się odbyło), ale właśnie obecność tych dwóch numerów się rzuciła w uszy najbardziej. Jak i to, jakim ślicznym zgrzytem popisali się muzycy przy odgrywaniu „Zbyszka”. Ale, no kurde — przecież to nawet niehumanitarne kazać zespołowi grać o tak późnej porze. Dlatego, będąc zajebiście wyrozumiałym, oceniam ten występ jako najlepszy w kategorii „polskie występy pierwszego dnia festiwalu”.

 

najlepszy moment: MOLLY’S GUSHER – HYSTERIA

ocena: 7/10