rageman.pl
Muzyka

Hugh Laurie – Let Them Talk

rok wydania: 2011

wydawca: Warner

 

muzyka i film rzadza dzisiejszym swiatem sztuki. to fakt niezaprzeczalny, a wszelkie glosy sprzeciwu beda pochodzic prawdopodobnie od osob dopiero co przybylych na planete Ziemia, oszolomow albo beznadziejnych przypadkow psychofanow rzezby badz teatru (wlasciwie na jedno wychodzi). oczywiscie nikt tu niczyich zaslug dla historii swiata (nie tylko kultury) kwestionowac nie zamierza. ale to rezyserzy i kompozytorzy rozdaja dzisiaj karty, nie pisarze czy malarze. a jesli chodzi o aspekt czysto komercyjny no to tu juz absolutnie nie ma dyskusji.

no wlasnie. o ile ocena takiego a nie innego obrotu spraw pozostaje kwestia otwarta, tak towarzyszaca mu komercjalizacja sztuki raczej nalezy do zagadnien smucacych. nie chce rozwijac tego watku, dlatego od razu powiem do czego zmierzam: pojecie „czlowieka renesansu” zanika, a na pewno podlega mocnej dewaluacji. jesli piosenkarz wkracza do swiatu X Muzy to glownie z komercyjnych wzgledow – np by zgarnac jeszcze wiecej hajsu lub dla poszerzenia targetu filmu, w ktorym wystepuje (co tez wiaze sie z jeszcze wiekszym zarobkiem). przypadkow przenikania sie obu swiatow – muzy i kinematografii – jest mnostwo, ale ile jest wsrod nich naprawde majacych sens? albo mowiac prosciej – ile znacie muzykow, ktorzy sa takze dobrymi aktorami (przypadki typu przepyszcze epizody Henry Rollinsa pomijam)? pierwszy przychodzi mi do glowy Will Smith. eeeee, no wlasnie. a jeszcze gorzej jest w sytuacji actor goes pop (or rock and roll). tutaj juz naprawde ciezko wskazac gwiazdy, ktore wyszly poza granie po knajpach (keanu reeves, russell crowe, kevin costner) czy plyty-ciekawostki (julliete lewis, emmanuele seigner). fanki 30 seconds to mars, was nie pytam o zdanie.

jak na tym niewesolym tle prezentuje sie Hugh Laurie? brytyjczyk mial pod wzgledem komercyjnym ulatwione zadanie – w koncu dzieki genialnej roli doktora House’a jest teraz na absolutnym topie (i to calkiem zasluzenie, zwlaszcza po tylu latach bujania sie na drugim planie), dlatego Warner nie mial wiekszych oporow by zaproponowac mu wydanie plyty. ale wydaje sie ze malo kto przypuszczal – byc moze z wlodarzami Warnera wlacznie – ze wyjdzie rzecz tak udana, przede wszystkim pod wzgledem artystycznym.

Laurie to nie mlodzieniaszek, wiec mozna bylo podejrzewac, ze jego muzykowanie bedzie osadzone w jednej z oldskulowych stylistyk. np jazz albo blues. padlo na to drugie? choc nie wiem czy „padlo” to dobre okreslenie – Laurie brzmi tu jakby nie urodzil sie 50 lat temu w wielkiej brytanii, a dwa razy wczesniej niedaleko delty Mississipi. chodz predzej powinna tu pojawic sie nazwa Nowego Orleanu. milosc do tego regionu objawia sie nie tylko w dosc obfitej w wypowiedzi tworcow plyty ksiazeczce, ale rowniez w doborze gosci, zyjacych legend regionu – jakim sa Dr John („After You’ve Gone”) czy zapomniana raczej Irma Thomas. pochodzacy z Walii Tom Jones w „Baby, Please Make A Change” tez udowadnia ze blues mu zdecydowanie nieobcy.

bohaterem przede wszystkim jest jednak Laurie. jako wokalista (dosc specyficznie brzmiacy, acz ultrastylowy), ale przede wszystkim jako instrumentalista – a wlasciwie multiinstrumentalista, ze swiada poslugujacy sie nie tylko gitara czy pianinem, ale tez i perkusjonaliami. zdolniacha. aczkolwiek warto wspomniec, ze ma wsparcie kilkuosobowego zespolu sidemanow (m.in. Leisz), z ktorymi czaruje takie aranzacje, ze jesli za pare dekad syn bedzie mnie sie pytac o esensje Muzyki tworzonej przez ludzi a nie roboty, to „Let Them Talk” ma spore szanse byc jednym z pierwszych prezentowanych przykladow. no co tu duzo mowic, *genialna* robota.

jedyne co mozna zalowac to braku autorskiego materialu. dlatego mimo wszystko zastanawiam sie jaka bedzie przyszlosc Laurie jako muzyka. czy to niie skonczy sie na swietnym, acz jednorazowym holdzie dla ukochanego gatunku muzycznego. ja bym sie nie obrazil, jakby pociagnal temat, chocby i poprzez kolejne covery, z wieksza iloscia slyszalnego tu i owdzie pierwiastka Tom Waits’owego. komercyjnie chwaly nie przyniesie, ale przynajmniej nie bede mial juz nigdy takich rozterek jak z poczatku tej recenzji.

 

najlepszy moment: BATTLE OF JERICHO

ocena: 8/10

Leave a Reply