Homo Twist – Demonologic
wydawca: TC Music
Był kiedyś świetny zespół. Homo Twist. Dla mnie zdecydowanie najlepszy projekt Maćka Maleńczuka. Co to za pan, przedstawiać nie trzeba. Zespół ten generalnie totalnie rządził, jeśli chodzi o temat „polska muzyka alternatywna” w latach 90. Pamiętam, będąc jeszcze młodym szczylem, jak mnie siostra wzięła na koncert Homo Twista w Gdańsku. Koncert odbywał się w namiocie na Targu Węglowym w ramach jarmarku. Tak, takie były kiedyś czasy, że atrakcją dla gawiedzi były zespoły rockowe. Damn, to był jeden z naj koncertów, na jakich byłem. Klimat, pomimo kiczowatych okoliczności, genialny. To było wkrótce po wydaniu „Moniti Revan”, uchodzącej za opus magnum tego zespołu.
A jakiś czas później Maleńczuk rozwiązał zespół. Co się działo później, każdy wie. Solowe eksperymenty z elektroniką, potem Pudelsi i mega sukces komercyjny, przypieczętowany uczestnictwem w Idolu. I kiedy już spisałem tego pana na straty, nagle dokonał zaskakującej wolty. Pożegnania z Pudelsami w sumie można było się spodziewać, znając chimeryczny charakter Maleńczuka. Ale że reaktywuje Homo Twist? Cuda się zdarzają.
Chociaż można było się początkowo zaniepokoić, gdy się okazało, że w składzie nie będzie ani Olafa Deriglasoffa, ani Artura Hajdasza, czyli ludzi współodpowiedzialnych za „Moniti Revan”. Gdy jednak na jaw wyszło, kto będzie grał na basie na powstającej płycie…
W końcu płyta ukazała się pod koniec 2005 roku. Okładka i książeczka zdominowana przez grafiki świętej pamięci Zdzisława Beksińskiego. I już wiadomo, że o miłości, która nie jest pluszowym misiem, to na pewno tekstów nie będzie. Ale kto się spodziewał, że będzie aż tak mrocznie. I przede wszystkim – aż tak metalowo?
Ciężko powiedzieć, czy na metalowość tej płyty ma wpływ osoba basisty, czyli samego Titusa (Acid Drinkers oczywiście). Czy może poszerzenie składu o drugiego perkusistę i kolesia odpowiedzialnego za elektronikę. Może nieprzypadkowo wydawcą płyty jest Metal Mind. Fakt jest jednak taki – jeszcze nigdy Homo Twist nie brzmiał tak potężnie. Produkcja jedno, ale chodzi też o aranżacje. Wprawdzie druga perkusja i elektronika to smaczki i jakichś mega zabaw z rytmiką nie ma, niemniej skojarzenia z Rammsteinem czy Fear Factory w kontekście pana Maleńczuka mogą być nie lada szokiem. A rozpoczynający płytę „Me!” z „korzennym” akompaniamentem gitarowo-perkusyjnym, w połączeniu z nietypowym wokalem Maćka, to już prawie że nu-metal. Dla mnie miazga. Jednak już w samym tym numerze pojawiają się pomysły i smaczki, które nie pozwalają nam jednak pomylić Homo Twista z Kornem. I dalej jest już jednak bardziej Homo Twist style. Bo raz, że cokolwiek by się nie działo instrumentalnie, głos Maleńczuka zawsze ostudza zapędy do porównań z innymi kapelami. Dwa, że dalej jest już bardziej eklektycznie i już nie tylko jest metalowo (choć to pierwiastek chyba najczęstszy na tej płycie), ale też i np. funkowo („Poeta”, chyba najbliższy starym dokonaniom) czy niemal jazzowo, jak w „Dama prosi sama” (swoją drogą – kapitalny tekst). Często jest też czadowanie, ale bardziej oldskulowe, typu hard rock. Eklektycznie do bólu, ale równie boleśnie spójnie.
Instrumentalnie kapitalna robota (nie będę ukrywał, że nie spodziewałem się po Titusie takiej wszechstronności), ale nie da się ukryć, że Homo Twist to Maciek Maleńczuk. I to on jest bohaterem tej płyty. Nie tylko nominalnie. Przede wszystkim wokalnie. Numetalowa zadziorność we wspomnianym „Me”. Totalny groove z udziałem falsetów w „Poecie”. Podniosłość rodem z „Bema pamięci żałobnego rapsodu” w tytułowym numerze płyty (gdzie jednocześnie w pewnym momencie wkracza metalowy cios z orientalizmami w wokalu – DRESZCZE!). Bard z ulicy, snujący swoje gorzkie opowieści w „Atonim Radwanie”. I nawiedzony prorok w „Lwie szablastym”. Czy trzeba dodawać, że genialnym wokalizom towarzyszą równie genialne teksty? Wprawdzie Maleńczuk często raczy się też tekstami m.in. Emily Dickinson czy Heraklita z Efezu, ale i to, co sam napisał, jest kapitalne. I jednak, powtórzmy to jeszcze raz, interpretacja tekstów to absolutne mistrzostwo.
Chyba nieczęsto się zdarza, by zespół po reunionie nagrywał najlepszą płytę w swoim dorobku. Zwłaszcza że wcześniej nagrał płytę uchodzącą za klasyczny album. A jednak się udało. Czekam z niecierpliwością na nowe wydawnictwo. Maleńczukowi znów urosły jaja.
najlepszy moment: ME
ocena: 7,5/10

