rageman.pl
Muzyka

Hey – Ho!

rok wydania: 1994

wydawca: Izabelin Studio

 

rok 1994. po oszalamiajacym sukcesie debiutanckiego krazka i heyomaniii zataczajacej coraz szersze kregi Nosowska i spolka ida za ciosem. trzeba kuc zelazo poki gorace. drugi krazek wiec wykuli dosyc szybko. oplacilo sie. kolejny sukces komercyjny, chyba w tamtym czasie nie bylo czlowieka, ktory nie znal tej kapeli. i nie bylo takiej kapeli, ktora moglaby caly Spodek wypelnic, jak to w tamtym czasie uczynil Hey.

dla mnie dotychczas ten album pozostawal jednym z gorszych w dorobku tego zespolu. Hey z kazda plyta sie rozwijal, modyfikowal swe oblicze. a Ho! wlasnie tego progresu mi brakowalo. tlumaczylem sobie to wlasnie kontekstem historycznym, kulisami powstania tego albumu. najmniejsza linia oporu, kalka debiutu. oh gosh, ale ja bylem glupi.
jakos teraz tak siegnalem do tej plytki, dalem jej szanse. w koncu kurcze no, Hey to przeciez jedna z naj moich kapel, wiec jak mogli nagrac slaba plyte? nie no, trzeba te opinie zweryfikowac, nie ma innej opcji.

i tak slucham tej plyty i slucham… no i rzeczywiscie. pierwsze co sie rzuca na ucho to to, ze to wciaz jest polska odpowiedz na grunge. ze te melodie to ten sam hey co na debiucie. ze wokal nosowskiej to tez juz wczesniej slyszelismy. to wszystko bylo… owszem, bylo. ale jak ja moglem wczesniej nie zauwazyc, ze jest tutaj o wiele wiecej?
juz sama produkcja jest czyms nowym. fire brzmial jak demo. brak glebi brzmienia, brak selektywnosci. na ho! juz to wszystko mamy. slychac producencka reke leszka kaminskiego, bossa polskiej produkcji. no naprawde, jak na ’94 rok, kraj polska, to plyta brzmi zawodowo do dzisiaj.

produkcja jednak tylko pomaga dostrzec to, jak zespol sie rozwinal pod wzgledem muzycznym. to przede wszystkim aranzacje uwypuklaja przepasc, jaka dzieli ho! od debiutu. totalny kosmos. 4 instrumenty (choc zdarzaja sie i smaczki typu wiolonczela czy akustyczna gitara), 4 genialnie chodzace instrumenty. kazdy muzyk wspina sie na wyzyny swoich mozliwosci.  a jednoczesnie walcza w jednej sprawie – swietne kompozycje.

fire to byla kolekcja hitow, zestaw numerow bedacych zelaznymi punktami programow koncertow na wiele lat dzialalnosci Heya. ale tam bylo lacznie 18 piosenek. a tych hitow bylo z 4-5. moze reszta plyty to nie byly wypelniacze, ale na pewno nie numery, do ktorych chcialoby sie wracac. na ho! ewidentnych klasoow nie ma. ale jednoczesnie plyta jest piekielnie rowna. kazdy z tych 14 numerow robi wrazenie, stanowi odrebna, mocna calosc.

to co jednak najsilniej kluje w uszy to gigantyczna bluesowosc tej plyty. hey i blues? how come? odpowiedz brzmi: piotr banach. tak, ten piotr banach, co po opuszczeniu hey’a zalozyl reggaeowe indios bravos. ale indios bravos, ktore na najnowszej plycie Peace! poszlo totalnie w klimat blues/rock lat 60/70. banach w wywiadach mowi ze taka muzyak siedziala w nim zawsze. i to slychac, wlasnie na ho! wystarczy posluchac „is it strange”. takich bluesiorow nie nagrywa byle zajawkowicz.

najslabszym elementem z dzisiejszej perspektywy czasu wydaje sie… moja ukochana kasia nosowska. a konkretnie jej teksty. bo wprawdzie juz znac tutaj jej unikalny styl. ale dopiero gdzies w okolicach „?” mielismy do czyeniania z explozja jej geniuszu pisarskiego. na ho! obok tekstow calkiem zgrabnych „ja sowa”, „that’s a lie” (najlepszy na plycie, choc tu akurat kompozycyjnie wykazal sie chrzanowski) zdarzaja sie liryki na dobra sprawe troszke nieporadne, jak „have a nice day”. dla odmiany – uwielbiam wokal nosowskiej z tego okresu. mala, wkurwiona grunge dziewczynka.

eh, to se ne vrati.

 

najlepszy moment: THAT’S A LIE

ocena: 8/10

Leave a Reply