Hey – Karma
wydawca: Mercury
skonczylo sie rumakowanie. nie pomogly jubileuszowe okolicznosci (bo piaty to juz album i pomimo tytulu „Karma” i tak wszyscy kojarza tego cedeka jako „piatke”). nie pomogly odwolania do hippisowskich klimatow w grafice. nie pomogla zmiana labela. muzycznie Banach i spolka popelnili komercyjne samobojstwo. ale pomimo to (a moze dzieki temu) stworzyli jak dla mnie jedna z najlepszych plyt w historii polskiej muzyki.
to co slychac na tym wydawnictwie to przede wszystkim niesamowita wolnosc. hey juz na „?” pokazal, ze nieobce mu sa zmiany, ale mimo to nie sposob nie uznac „Karmy” za album eksperymentalny. wyczerpalismy formule na „?”, ruszamy na nowe terytoria. elektronika? czemu nie. w tamtym czasie Andrzej Smolik byl jeszcze bohaterem drugiego planu i niespecjalnie da sie uslyszec talent i osobowosc tego faceta. niemniej numery przesiakniete sa klawiszami i podobnymi duperelami. prawdziwa rewolucja jednak w temacie „Hey i nowinki muzyczne” zdecydowanie przoduje „Dosyc Powaznie”, gdzie za sekcje rytmiczna robi drum’n’bassowa wstawka. hippisi dostaja zawalu. nie mowiac juz o fanach hey’a.
to co jednak najbardziej rozwala na „Karmie” to, znow, liryki nosowskiej. to byl ewidentnie najlepszy jej czas – i w hey’u i solowo. fajnie ze coraz mniej pisze po angielsku. dzieki temu szybciej mozna sie przekonac, ze dziewczyna co rusz ociera sie tu o rejony absolutu. na dowod spokojnie mozna rzucic pare tytulow i na tym tematu nie zamknac – „Zakochani”, „Wodolanki”, „Sio” czy juz wspomniane „Dosyc Powaznie”. ej, no:
„W mojej kuchni stoi sosna/ Przebrana za kuchenny stol/ Na polkach kilogram sliwek/ W Sloikach udaje powidla / W lodowce pocieta w plastry/ Puszcza do mnie oko krowa/ A kurczak pobija rekord/ Na czas nurkujac w rosole”.
jesli ktos porowna do „herbaty, ktora wzniosla krzyk” ten ma wpierdol.
podobno Banach jakis czas po wydaniu „Karmy” obwinial Nosowska za niepowodzenie komercyjne tego albumu. niewdziecznik. to wlasnie w najwiekszym stopniu dzieki tym lirykom „Karma” przeszla do historii.
zreszta, akurat nie odczuwam specjalnego rozdzwieku miedzy dzwiekami i slowem na „Karmie”. dolujace, maksymalnie osobiste teksty pasuja do muzyki. jesli „?” byl w klimacie wrzesniowy, wczesnojesienny, to „Karma” to juz totalny listopad, w najobrzydliwszej, polskiej odmianie. beznadzieja, zamula dnia, sciele sie, sciele sie, trup sie scieeeleeee. malo tu lata milosci i pokoju. wlasciwie tylko singlowe „Ze” ma cos z tego hippisowskiego klimatu. chociaz w sumie tak sobie mysle, ze instrumentalny utwor tytulowy moglby na kwasie tez ladnie wejsc do glowy…
komercyjnie poczatek konca, choc artystycznie – dla mnie szczytowe sprawy. no i ostatnie godne uwagi wydawnictwo z Banachem na pokladzie.
najlepszy numer: SIO
ocena: 9/10

