(Hed)P.E. – Broke
rok wydania: 2000
wydawca: Zomba
kontynuujemy watek numetalowych zespolow, ktore numetalem nie sa. a moze to po prostu sa DOBRE zespoly numetalowe? coraz bardziej sie przychylam do tej opcji. gatunek to po prostu gatunek, a to ze sie ciut skurwil jak kazda rzecz osiagajaca szczyty popularnosci to juz inna sprawa.
niewazne. o kaliforniczyjkach z hed p.e. mowilo sie swego czasu calkiem powaznie jako o nastepcach living colour czy nawet bad brains. niestety nic z tego nie wyszlo i choc zespol wciaz istnieje to przedzi coraz gorzej, tak komercyjnie jak i artystycznie. niemniej na wysokosci drugiego dlugograja, „Broke”, naprawde bylo cos na rzeczy.
osiagajac szczyty popularnosci na przelomie wiekow, biorac udzial w ozzfescie i trzymajac z kornami i papa roachami trudno nie byc nie zaliczonym do numetalu. i takie dzwieki tu mocno pobrzmiewaja (jak chocby w „I got you”). jesli juz jednak mialbym bawic sie w szufladkowanie, to predzej uzylbym terminu rapmetal (zakladajac, ze wiem co wlasciwie ten termin oznacza). i rzucilbym tu cos o jego najszlachetniejszej odmianie.
bo w czym rzecz? otoz rapmetalowa probowalo wielu. najczesciej karierowicze wyczuwajacy koniunkture. w glownej mierze wywodzacy sie z metalowej sceny i zupelnie nie majacy pojecia o hiphopowym groove, z rymujacymi wokalistami dysponujacy zerowym flow. rzadziej, ale tez bywali hiphopowcy o niklym pojeciu gitarowego czadu, zupelnie nie potrafiacy sklecic choc minimalnie zapamietywalnego riffu.
w tym kontekscie styl hed pe to sukces. oni to wszystko maja. termin „g-punk” w ich przypadku nie jest profanacja. ta muza BUJA, beaty to prawdziwe BEATY, a przeniesienie ciezaru w aranzacjach na „rockerke” zamiast sampli konczy sie tu stuprocentowym powodzeniem (choc nawiazan do innych wykonawcow tu mnostwo, tyle ze w warstwie slownej – jak chocby refren „crazy legs” zapozyczony od Biggiego). absolutnie nie mam zamiaru wciskac kitu, ze to arcydzielo. tym bardziej, ze najoryginalniejsze dzwieki to nie sa (wspomnielismy o LC i BB?). troche jest jak z guns’n’roses – nawet jesli traci to czasem wiocha, nie pozwalajaca przyznac sie publicznie do sympatii dla kapeli, to jest w tej stylistyce COS. cos, co kaze krzyknac „bingo!”. tak dobrane skladniki, ze wiekszosci trudno bedzie odmowic uroku tej mieszaninie. na pozniejszych plytach hed dokonywal wciaz zamachu na te proporcje, przez co zupelnie sie pogubili. ale na „broke” wszystko jeszcze gra.
no i trza wspomniec o najwazniejszym skladniku. czyli panu wokaliscie m.c.u.d. element rozniacy w najsilniejszym stopniu hed pe od chocby leszczy z insane clown posse, ktorzy pomimo momentami przyjemnie bujajaco-czadowcyh podkladow prezentuja rymiarskie zero. ten pan naprawde MA flow, a nie tylko je markuje. momentalnie podpadajace nawet pod regalowe rozluznienie („swan dive”), najczesciej jednak agresywne, wspomagane ryknieciem raczej niespotykanym u wiekszosci rymujacych murzynow. jednak ten pigment ma czasem znaczenie w muzyce. nie chce by zabrzmialo to rasistowsko (ej, przeciez ja KOCHAM murzynow!), ale cos za cos – swietnemu wokalowi towarzysza niestety malo wyszukany jezyk tekstow, najdelikatniej ujmujac – dosc mizoginistyczny. niby tematyka tekstow podobniez, choc… „jesus (of nazareth)” czy „the meadow” raczej kaze zastanowic sie nad jednoznacznym osadem intelektualnych mozliwosci pana mcud.
no dobra, zostalo nam jeszcze cos wspomniec o piosenkach. a jest to cokolwiek „solidny chleb razowy” w wiekszosci przypadkow. poczatek plyty to prawdziwa bomba. singlowy „killing time” juz na otarcie plyty wystawia kawe na lawe, co bedzie sie dzialo. pozniej najagresywniejszy, bezkompromisowy, wbijajacy potencjalncyh negocjatorow na pal „waiting to die”. na gitarze „namaszczajacy” ekipe hed pe east bay ray z dead kennedies. nastepny w kolejnosci „feeling good” to jeszcze mocniejsze posilkowanie sie cudzymi talentami. w mostku growluje pani morgan z kittie, refren to juz melodyjny, od razu rozpoznawalny odlot pana tankiana z system of a down. jest sliczniutko. kolejny singiel „bartender” to przede wszystkim zwrotki, bardziej rozluzniajace niz wiadro valium. potem juz na plycie jest roznie. fan-favourite „swan dive” niespecjalnie mnie przekonuje, natomiast „pac bell” to momentami jakies wrecz rejony daleka czy rodzimego napszyklat. „the meadow” to ballada, ktorej raczej prozno szukac u reprezentantow sceny nu – rozkladajacy na lopatki urok, ale bez popadania w emo nute chocby na sekunde.
niedoceniony brylancik. i niestety ciut zmarnowany potencjal.
najlepszy moment: WAITING TO DIE
ocena: 8/10