rageman.pl
Muzyka

Deftones – Adrenaline

rok wydania: 1995

wydawca: Maverick

 

generalnie z „deftonsami” to taki problem maly jest. numetal to czy jednak nie? bo z jednej strony – tak, nie tylko startowali w tym czasie co korn czy limp bizkit, ale tez i mocno trzymali sie z tymi kolesiami. co doprowadzilo do tego, ze zalicza sie ich wraz z wyzej wymienionymi do tych, ktorzy tworzyli podwaliny pod numetal. i trudno sie takich dzwiekow nie doszukac w ich muzyce. im tez zreszta pomagal przy produkcji ojciec chrzestny nu, ross robinson (chociaz tylko przy jednym kawalku i to bonusowym, ale jednak). z drugiej jednak strony – mozna sie tez doszukac tam inspiracji daleko wykraczajace poza swiatopoglad przecietnego numetala. zamiast metalliki, black sabbath czy hiphopu – the smiths, duran duran, the cure. a niektorzy to lubia nawet dorzucic shoegaze i dream pop. troche jednak przesadzona jest postawa fanow deftones traktujacy swoich ulubiencow jako bedacych „czyms znacznie wiecej” niz numetal. jak wiadomo – prawda zawsze lezy gdzies posrodku. uznajmy wiec, ze deftones jak na numetali to naprawde oryginalna i szczera kapela.

teoretycznie z ich debiutem problem powinien byc mniejszy. shoegaze’u to tu w ogole nie ma, jakichs wiekszych eksperymentow z dzwiekiem tez jak na lekarstwo, a chino moreno czesciej niz swymi markowymi, eterycznymi zaspiewami atakuje tu krzykiem i czyms na ksztalt rapu (a ze daje sobie w tym temacie rade, wiemy chociazby z przerobki „wicked” popelnionej przez korna).

niemniej jak na moj gust to juz na tej wysokosci slychac absolutnie wlasny pomysl na muzyke i wiekszosc patentow, ktore beda charakterystyczne wlasnie dla nich. nawet jesli jeszcze przez brak didzeja w skladzie (mr delgado pojawi sie na nastepnej plycie) wiecej tu bezposredniego gitarowego pierdolniecia (oczywiscie solowek absolutnie brak), to juz tutaj da sie wylapac fragmenty, ktore bardziej prowokuja do odlotu niz pogo. wezmy taki „fireal” – wlasnie dzieki takim nutom w przyszlosci bedzie sie wiekszosc nu metalowych epigonow porownywac do deftones. albo „fist” – to juz jakis wrecz postrock sie robi przez to operowanie cisza. zreszta na tym nie zamknalbym tematu „postow” – bo byc moze pieprze glupoty, ale dla mnie znacznie wiecej tu w klimacie posthardcore’owej jazdy niz metalowego lomotu. choc pewnie za to ostatnie okreslenie wydaje na siebie wyrok smierci, wiec niewazne.

i chociaz trudno udawac, ze songwritersko sporo tu numerow kuleje, to jako calosc plyta sprawia zajebiste wrazenie. zreszta nie przesadzajmy – dla niektorych „7 words” (orbitaaaaaaaaaaaaal!!!!!), „bored”, „root” czy „engine no 9” to najwieksze hity tego zespolu po dzis dzien (a niech tam – dla nizej podpisanego rowniez). jedyne co moze przeszkadzac to brzmienie calosci. terry date dopiero z czasem sobie uswiadomi, ze sterylnosc Pantery srednio pasuje do muzyki deftones. chociaz z drugiej strony – moze dzieki temu jest hmmm prawdziwiej. cokolwiek to wlasciwie znaczy w przypadku Muzyki.

 

najlepszy moment: 7 WORDS

ocena: 8/10

Leave a Reply