Harvey Danger – Little By Little…
rok wydania: 2005
wydawca: DIY
Internetowego posilkowania sie muzyka ciag dalszy.
Harvey Danger to nieistniejacy juz od roku zespol ze Stanow Zjednoczonych Ameryki. wprawdzie powstali na poczatku lat 90tych, i to jeszcze w samym Seattle, to do profitowego wagoniku z napisem „Grunge” sie nie zalapali. i zalapac sie chyba jednak nie zamierzali. a mimo to i tak udalo im sie odniesc malutki sukces na przelomie wiekow, kiedy zadarli sie fonograficznie z Warnerem. po paru latach bylo jednak juz po wszystkim i trzeci album – „Little By Little…” – wydali zarowno w niezaleznym Kill Rock Stars, jak i w sieci sklepow Torrent.
Stany Zjednoczone dobrze znaja takie kapele jak Harvey Danger. to one przeciez wydaly na swiat takze Presidents Of The United States Of America, Nada Surf czy Everclear. zbyt malo kultowo-zajebiste by bronic z Pavementem czy Pixies sztandaru indie soundu, zbyt ambitnie brzmiace i ubogie w bezposrednie hooki by grac w mainstreamowej lidze. jednoczesnie nie majace tez nic wspolnego z modami na grunge, jego post- odmiane czy numetalem. taka nieszablonowosc w USA, gdzie kazdy majacy do czynienia z muzyka musi zadeklarowac przynaleznosc gatunkowa, konczy sie tym, ze wylapuje sie z dyskografii takich kapel po jednym, najbardziej przebojowym kawalku, spychajac zespol do szufladki „one-hit wonder”.
Prezydenci mieli „Lump”, Nada Surf „Popular”, Harvey Danger zas swoje komercyjne 5 minut mial dzieki „Flagpole Sitta”. tego utworu wprawdzie na „LBL” nie znajdziemy, jednak i zawartcyh tu 10 utworow (w reedycjach plytowych albumu dokladano drugi dysk z piosenkami) potwierdzaja, ze panowie znaja sie na songwriterskiej rzeczy. ze zamiast za dzieciaka rozwijac w sobie rockizmowy fetysz za pomoca plyt led zep czy black sabbath, uczyli sie konstruowania melodii od najlepszych. w takim kontekscie musialaby oczywiscie pasc nazwa The Beatles, mam jednak nieodparte wrazenie, ze panowie Nelson i spolka znacznie czesciej brali na warsztat Eltona Johna. pomijajac fakt, ze ten wysoki wokal momentami brzmi jak zywcem wyjety z wczesnych plyt tworcy „Madman Across The Water”, zwraca uwage przede wszystkim fakt, ze to wlasnie w kombinacji spiew+pianino tkwi sedno wiekszosci tych piosenek, a rockowy sztafaz to tylko dodatek. dotyczy to zarowno spokojniejszych, bardziej podnioslych fragmentow („What you live by”), jak i tych wstrzykujacych smiertelna dawke optymizmu i energii (kapitalny „Happiness Writes White”). z drugiej strony – bez tych dodatkow ta plyta smakowalaby niekompletnie, sporo by stracila (zenski wokal w „Incommunicado”, przesterowana gitara w „Cool James”, trabeczka i przesliczne chorki w „Little Round Mirrors”).
ta plyta martwi. nie ze zalamuje, a zwyczajnie martwi. martwi to, ze potwierdza ona, ze w sieci, poupychanych po malenkich netlabelach tkwi mnostwo swietnej muzyki, ktorej jedni odkryc nie zechca z lenistwa, a drudzy odkryc nie zdaza, pomimo szczerych checi. nie wiem jak wy, ale ja nie czuje sie z ta swiadomoscia zbyt komfortowo.
najlepszy moment: LITTLE ROUND MIRRORS
ocena: 7,5/10