Godzilla Soundtrack
wydawca: Sony
ROOOOOOARRRRRRRRR! czyli wracamy do rokendrola.
znow omowimy soundtrack do chujowego filmu. moje obcowanie z amerykanskim rimejkiem Godzilli nie bylo specjalnie dlugie – zasnalem po jakichs pieciu minutach. na szczescie sciezka dzwiekowa prezentuje sie znacznie lepiej. nawet jesli podejscie do tematu muzyki bylo podobne co w przypadku filmu. czyli mam byc ultrakomercyjnie. na szczescie pod koniec lat 90tych w komercji nie dzialo sie jeszcze tak zle. numetal jeszcze nie byl u szczytu, wiec jest po prostu sporo tzw alternatywnego rocka. i nie tylko.
jak juz wspominalismy, obiektywna wartosc soundtracka nalezaloby oceniac pod katem ilosci premier czy po prostu wczesniej niepublikowanych piosenek. i na „godzilli” jest calkiem niezle pod tym wzgledem. postarali sie wszyscy zebrani. a producenci albumu to docenili i poslali spora czesc materialu na single.
tak jak np otwierajacy calosc „heroes”, czyli david bowie w wykonaniu the wallflowers, dowodzonych przez jakoba dylana. tak, z tych dylanow. szalu nie ma, ale o herezji tez nie ma mowy. znacznie wiecej problemow dostarczyl kolejny numer, szczegolnie wsrod braci rockowej. otoz sean combs (czyli diddy, p. diddy, a wtedy znany pod swa najbardziej popularna ksywa – puff daddy) postanowil zarapowac pod sampla z „kashmiru” led zeppelinow. jakby tego bylo malo, sam autor zsamplowanej gitary nie tylko ten ruch zaakceptowal, ale postanowil na nowo zagrac ow slynny gitarowy motyw, przez co w indeksie figuruje szumne „puff daddy featuring jimmy page” (na udzial toma morello z ratm, pomykajacego tutaj wyjatkowo na basie, juz nikt uwagi nie zwrocil). coz… sam pomysl nie byl zly. ba, ja jestem wrecz jak najbardziej na tak. efekt finalny tez nie jest tak wkurwiajacy jak pamietny „i’ll be missing you”, dzieki ktoremu na konto stingo po raz kolejny wplynela pokazna suma pieniedzy. problem w tym jednak, ze raper z puff daddy’ego zaden, a tu jeszcze wieksza fuszerke odstawia niz zazwyczaj. wobec czego „come to me” bardziej zostal zapamietany jako (kolejny) skok na kase puffa niz przelomowe dla zacierania muzycznych granic nagranie.
na szczescie z kolejnym numerem problemow nie ma. nigdy nie bylem fanem jamiroquai, ale „deeper underground” rozklada mnie na lopatki. niby typowe dla jay kaya i jego ekipy granie inspirowane funkiem (w przypadku „DU” nawet mocniej niz zwykle), ale ta akurat melodia uzaleznila mnie jak zadna inna w ich dyskografii. prawdziwym hajlajtem jest jednak „no shelter” rage against the machine. kawalek-pomost pomiedzy „evil empire” a „battle of los angeles” (zreszta powstal wlasnie w czasie pomiedzy wydaniem obu materialow). w klimacie jeszcze mocno kojarzacy sie z poprzednim materialem, ale juz brzmieniowo znacznie blizej przystepnosci „BOLA”. tekstowo tym razem wielki diss na bzdurne wytwory kulturalne odwracajace uwage od prawdziwych problemow. hmmmm… zwazywszy na miejsce umieszczenia tracka to ja nie wiem, czy to jeszcze rozwalanie systemu od srodka czy juz hipokryzja. niemniej jest pysznie – track mozna spokojnie wrzucic na winampa miedzy „bullet in tha head” a „ashes in the fall”.
nastepny w kolejnosci „air” ben folds five to juz niestety znaczny spadek temperatury. smetne plumkanie, jakiego nie powstydzilby sie keane na przyklad. nudnawy watek na plycie kontynuuje michael penn (tak, z tych pennow) z „macy day parade”. sporo tez tu post grunge’u w postaci fuel, days of the new czy silverchair. najlepiej wypadaja ci ostatni (choc „untitled” to balladowe poszukiwania rodem z „neon ballroom”) – days’ow broni niezly wokalista (choc troche za mocno czerpiacy i z morrisona, i z weilanda), a fuel to juz nic nie broni. „A320” foo fighters to ciekawy przypadek utworu, w ktorym pomimo przesadnie rozbuchanej aranzacji wlasciwie nic sie nie dzieje. no, moze przesadzam ze absolutnie nic, ale mogloby byc lepiej. przynajmniej nie ma „rockerki”. „brain stew” green daya to remix utworu z „insomniac”. kwestia remixerska sprowadza sie do podlozenia lekkiej dawki elektroniki i, hm, odglosow paszcza godzilli. numer sympatyczny, tak jak sympatycznym zespolem byl green day w tamtej dekadzie. temat punkrockowy na albumie podejmuja jeszcze fuzzbuble, ale to juz zenada jakas.
na koniec mamy jakies dziwne swingowe „undercover” niejakiego joey’a deluxe i dwa filmowe instrumentale davida arnolda. calkiem okej.
calkiem okej album. nie ma sensu kupowac, a sciagac muzyke z internetu to grzech, wiec zainteresowanych zapoznaniem sie z tym albumem zapraszam do siebie do domu. posluchamy razem, przy winie i swieczkach.
najlepszy moment: RAGE AGAINST THE MACHINE – NO SHELTER
ocena: 6,5/10

