rageman.pl
Muzyka

Fear Factory – Obsolete

rok wydania: 1998

wydawca: Roadrunner

 

wielkiej rozpaczy z powodu zejscia z tego lez padolu Stephena Gately z Boyzone nie bedzie, bez przesady. niemniej przypomnialo mi sie, ze moj pierwszy wolny taniec (4 klasa chyba, Nina was her name) byl wlasnie przy ich przerobce „baby Can I Hold You” Tracy Chapman, wiec w sumie szkoda. poza tym dziwne – jeszcze w piatek, z nudow przed wyjsciem na umowiona godzine, czytalem notke o Boyzone na wikipedii. a tu pare dni pozniej taki news…

okej, ale do sedna. Fear Factory, psze panstwa, znow na tapecie. jaki jest najlepszy album w dyskografii tego bandu? „Demanufacture oczywiscie!”. a wcale ze nie, bo jego nastepca, „Obsolete”.

nie abym dyskredytowal „Demanufacture”, to niezaprzeczalny klasyk. ale „Obsolete” jest JESZCZE LEPSZY. brzmienie jest jeszcze lepsze, jeszcze wiecej sie dzieje, riffy Cazaresa jeszcze precyzyjniej siekajace, perkusja jeszcze bardziej striggerowana i nieludzka, a wokal Bella jeszcze wszechstronniejszy. a co najwazniejsze – to juz jest naprawde concept album pelna geba. z historia zawarta w ksiazeczce w formie scenariusza, z naturalnie wrecz wplecionymi tekstami piosenek i w ktorym jest wszystko co porzadna fabula miec powinna – ekspozycje, zawiazanie akcji, punkt kulminacyjny itp itd. oczywiscie, jak to u Fear Factory, mowimy o futurystyczno-sensacyjnych klimatach typu „Terminator” (gwoli scislosci: takie polaczenie „Robocopa” z „Rokiem 1984”), co nie kazdego musi robic, ale warto docenic pieczolowitosc i rozmach przedsiewziecia. to nie jest „Hipertrofia” Comy, gdzie o koncepcyjnosci albumu maja swiadczyc powtykane co drugi numer przerywniki. tu nie dosc, ze obcujemy z dziesiecioma, pelnoprawnymi utworami, to nawet nie ma zbyt wielu okolomuzycznych elementow typu sample czy inne pierdoly. a jednak sluchanie tego albumu jest jak wejscie w jakis mikroswiat, funkcjonujacy na wlasnych zasadach. brzmi gornolotnie, ale naprawde tak jest.

ale nawet jesli kogos nie kreca takie zabawy ze sluchaczami i chce posluchac po prostu Muzyki to nie bedzie w stanie sluchac tej plyty z pozycji innej niz tej angazujacej zgiete kolana. zaczyna sie wrecz tradycyjnie – „Shock” to strzal industrialno-groovemetalowy, jaki panowie dopracowali do perfekcji na poprzedniej plycie. ale juz nastepny „Edgecrusher” (tak tez nazywa sie glowny bohater historii) przynosi nowe. moja Sis twierdzi, ze to brzmi jak „Toxic” Crazy Town. straszna herezja, ale formalnie rzeczywiscie cos jest na rzeczy. bulgoczacy, wrecz kontrabasowy podklad w zwrotkach, dokladajacy goscinnie w refrenie swe 3 gr pan dj no i przede wszystkim… rapujacy Burton Bell. ale zamiast koniunkturalnej wiochy wyszedl dancefloorowy i koncertowy killer.

a to dopiero poczatek zaskoczen, kapitalnych motywow, przebojowych hookow, ujmujacego i nieglupiego jednoczesnie lomotu. kazdy numer tak gowli totalnej szczerosci zasluguje na wyroznienie, ale wymienmy te najnajnaj fragmenty. „Descent” chocby taki. z tak optymistycznie (!!!) brzmiaca partia gitar i refrenem, ze az wizualizacja biegania po zielonej laczce przy tych dzwiekach az sama staje przed oczyma. nastepne w kolejnosci „Hi-Tech Hate” i „Freedom or Fire” to czysty terror soniczny, szczegolnie ten drugi – CZY WY SLYSZYCIE TE GRE PERKUSISTY?!? WTF?!?! tytulowy numer moze AZ TAKIEGO wrazenia nie robi, ale wspomnijmy o nim ze wzgledu na goscinny udzial Gary’ego Numana. nastepujacy po nim „Resurrection” to juz moj prywtany ABSOLUT. and I really mean it!!!! juz sama konstrukcja calosci to potezna sprawa. zwrotki z totalnie minimalistycznym podkladem instrumentalnym i czysciusienkim spiewem Bella przelamane wejsciem apokaliptycznej scieny dzwieku, rozciagnietej na ni to moste, ni juz refren. i wtem TEN NAJWLASCIWSZY REFREN. s z a l e n s t w o. chce z tym refrenem spedzic zycie, zalozyc rodzine, uradzic dom, posadzic drzewo. gdybym byl totalnie przekonany do puszczania piosenek na pogrzebie (no bo przeciez i tak ich nie uslysze, to po co?) to chcialbym by wlasnie ten numer polecial. tak chce byc zapamietanym, jak to wszystko co charakteryzuje ten utwor. wyrafinowanie, klasa, emocje, nadzieja, terror. ej, nie odchodzcie jeszcze od monitorow. anyway, fajnie byloby tym trackiem rozruszac jakis pogrzeb. choc teoretycznie zamykajacy stawke „Timelessness” bardziej by sie nadawal – nie dosc ze tu juz tylko slychac natchniony spiew i smyki, to jeszcze zdecydowanie bardziej dolujacy nastroj posiada. elegijny wrecz. piekne podsumowanie albumu i historii w nim zawartej.

tu jest wszystko – melodie, czad, progresywny rozmach, punkowe w duchu strzaly, wzruszenia, wscieklosc, optymizm, rap, elektronika, gitary, historia, klimat, wszystko czym chata bogata, wymieszane w idealnych proporcjach. plyta na bezludna wyspe.

(spojnosci calosci dopelnia dodatek multimedialny, czyli wygaszacz ekranu w formie strzelanki przy dzwiekach FF. na szczescie okazalo sie, ze chlopaki z kapeli to marni prorocy – nie dosc, ze jednak maszyny (jeszcze) nie wyeliminowaly ludzkosci z powierzchni ziemi, to na dodatek nie przewidzieli, ze 10 lat pozniej windows95’owy gadzet bedzie reliktem nie do uruchomienia. fuck microsoft.)

 

najlepszy moment: RESURRECTION

ocena: 9,5/10

Leave a Reply