rageman.pl
Muzyka

Fear Factory – Hatefiles

rok wydania: 2003

wydawca: Roadrunner

 

Nie aby to był zanadto świadoma decyzja, ale fakt jest taki, że ostatnimi czasy praktycznie w ogóle nie słucham metalu. Zdziadzienie? Maybe. Albo przejrzenie na oczy, dostrzeżenie, że za Hałasem niewiele Muzyki się kryje. Niemniej co jakiś czas fajnie sobie wrócić do takich dźwięków, o ile produkowane są one przez sprawdzone fabryki. Jak Fabryka Strachu.

Inna sprawa, że „Hatefiles” nie jest tym, co najlepszego może ta fabryka zaoferować. Nie dość, że jest to kolekcja b-side’ów, to na dodatek sklecona bez jakiejkolwiek ingerencji zespołu (który w okresie wydania właściwie nie istniał, po odejściu Bell’a). Rzecz tylko dla fanów, zakochanych w tym brzmieniu. Choć zaliczając się do nich, nie pałam wielką sympatią do tego materiału.

18 tracków to za dużo, by omawiać je szczegółowo. Polećmy zatem kategoriami. Jak każdy fan wie, FF bardzo swego czasu lubili się z branżą gier komputerowych, dlatego pierwsze 5 piosenek to właśnie rzeczy stworzone „na zamówienie”. I można je uznać za najbardziej wartościowe fragmenty kompilacji, ale raczej ze względów „ideologicznych” (co nowe kawałki to nowe kawałki) aniżeli jakościowych. „Terminate”, powstały na potrzeby gry o, niespodzianka, Terminatorze, jest reklamowany jako ostatni kawałek zespołu przed rozpadem. I to słychać, a raczej negatywne tegoż aspekt – czyli granie od niechcenia, lekko wymuszone (i to dosłownie – Bell został niejako zmuszony do ukończenia prac nad piosenką). Już lepiej prezentuje się drugi z najświeższych kawałków, „Frequency” z intrygującymi wyciszeniami w finale, a przede wszystkim instrumentalny „Machine Debaser”.

Jedziemy dalej – alternatywne mixy znanych już kawałków. Naprawdę niezły „Body Hammer”, także popełniony przez Colina Richardsona, średniawy „Zero Signal” (choć różniący się praktycznie ścieżką wokalu w zwrotkach – co Bellowi odbiło, by nagrać takie karykaturalne potworki?) i totalnie obdarty z magii, skrócony pod radio „Resurrection” (choć gitara w refrenie śliczna). Plus dwa podejścia do „Invisible Wounds” – gorsze (radio mix autorstwa Rhysa Fulbera) i lepsze, bo opatrzone kapitalnym refrenem (wersja demo). A, i jeszcze wariacja na temat „Cars” z samym wokalem Numana. Świetna, bo i sam numer przekozacki.

Trzecia kategoria, najliczniejsza tutaj, bo niejako najbardziej charakterystyczna dla tej kapeli: remixy. Najwięcej udzielił się w temacie Junkie XL, choć z różnym efektem. „Edgecrusher” i „Descent” brzmią dość nijako, ale już oba podejścia do „H-K (Hunter Killer)”. Mało metalowe, ale i tak chyba bardziej przyswajalne niż pozostałe remixy, popełnione przez mistrzów stylu gabber. Mi tam się one w swym prymitywiźmie podobają, choć rzeczywiście nie da się tego za często słuchać.

Przyznam szczerze, że ostatnimi czasy dość niesmaczyły mnie doniesienia z obozu FF – mówię oczywiście o powrocie Cazaresa i jednoczesnym wyrugowaniu wieloletniej sekcji rytmicznej Wolbers/Herrera. I choćby z tego powodu wolę słuchać nienajlepszego „Hatefiles” aniżeli premierowych płyt.

 

najlepszy moment: MANIC CURE

ocena: 7/10

Leave a Reply