Erykah Badu – Mama’s Gun
wydawca: Motown
czas na muzyke duszy. Soul, znaczy sie.
no wlasciwie co tu mozna o tej plycie powiedziec. nie jestem jakims wielkim wielbicielem Eryki Badu, choc w tym gatunku jest ona na dzien dzisiejszy niewatpliwie w scislej czolowce. rzecz w tym, ze ja jesli chodzi o czarne brzmienia to jednak prosty chlopak jestem i lubie jak mi rymuja. ale „Mama’s gun” chlubnym wyjatkiem.
bo przede wszystkim chodzi o produkcje. o feeling, ktorego takie zespoly jak Afromental czy Sofa, rzekomo zainspirowane m.in. Badu, niigdy przenigdy nie beda mieli. i nawet nie chodzi o to, ze sie chlopaki i dziewczyny urodzili w Polsce i na dodatek z karnacja niczym sciany w szpitalu. byc moze to przypadek, ze akurat tym wydawnictwem Badu zadebiutowala w kultowym Motown. ale ta plyta naprawde brzmi jakby powstala pare dekad wczesniej. totalna analogowosc, czasem az mi glupio ze ten album mam na CD a nie na winylu. bo byc moze wlasnie gramofon powinienen byc jedynym slusznym odtwarzaczem tego dziela.
inna sprawa – choc nie chce uzywac epitetu „rockowy” jako synonimu szczerosci, alternatywnosci czy innej bezkompromisowosci, ale ta plyta naprawde ma tez to, czego wspomniane wczesniej bialasy nawet nie dostrzegaja w tych dzwiekach. spontan, nienachalna przebojowosc, moze nawet brud jakis? troche belkot chyba wychodzi, wiec moze w ten sposob: gdy widze oczyma wyobrazni Badu nagrywajaca ze swoimi niggas ta plyte, to widze ekipe nagrywajaca byc moze nawet na setke, olewajaca to ze ktos mogl poleciec falszem, ktos mogl nie trafic w nute (zakladajac ze takim fachowcom jak grajacy na tej plycie muzycy mogloby cos takiego sie zdarzyc w ogole). „pierdolimy, jest energia, jest dusza, to najwazniejsze”. gdy widze taki Afromental zas, to widze kolesi ktorzy moze i kochaja sluchac takiej muzyki, ale zupelnie nie czaja tego, ze nie w sterylnej i nienagannej produkcji tkwi soul tej muzyki. a winyle kojarza im sie glownie z tym, ze to didzej ma robic za ich pomoca skrecze.
odbieglismy od tematu? jesli tak to pardą. tylko ze jesli mialbym sie rozpisywac o samych kompozycjach, to naprawde mogloby to pochlonac pare akapitow. bogactwo dzwiekow, klimatow, aranzacji. reggae z synem Marleya, woodstockowy rocker na dzien dobry, arenbi, soul, funk, masakra. 70 minut ktore zlatuje jak z bicza strzelil. calosc napedza paradoks: choc kazdy numer z osobna moglby robic za singiel, to jednak ta ma sie wrazenie, ze absolutnie nie o tworzenie hitow do radia tu chodzilo, a o to, by przez ta ponad godzine ani razu znudzenia nie odczuc. czyli inaczej niz u poprockowcow.
eeeeee, pierdole glupoty dzis troszke. po prostu posluchajcie tej plyty, dobrze?
najlepszy moment: IN LOVE WITH YOU (feat. Stephen Marley)
ocena: 7,5/10

