rageman.pl
Muzyka

Eminem – The Marshall Mathers LP

rok wydania: 2000

wydawca: Aftermath

 

bialasowego rapu ciag dalszy. ale tym razem wracamy do zroodel gatunku. USA.

czy podoba sie to czy nie- Eminem jest wazna postacia w historii hiphopu. mogla swego czasu wkurwiac hegemonia typa w tym gatunku na poczatku ostatniej dekady. co najbardziej widac bylo chocby podczas rozdan nagrod MTV. wystarczylo by facet zarejestrowal w ciagu roku chocby najmniejszy piard na legalu a juz Video Music Awards czy jego europejski odpowiednik w tym samym roku nalezaly do niego. taki linkin park w swiecie rapu.

problem jednak jest taki, ze Em to naprawde swietny technicznie koles i do tego zdecydowanie majacy cos do powiedzenia. byc moze nawet plyty przezen wydane nie oddaja w pelni tego, na co tego blondasa stac. co najlepiej widac na przykladzie drugiej jego plyty. z jednej strony – chyba rzeczywiscie najlepszej w jego dorobku. ale biorac pod uwage skale makro… no nie wiem, jakos nie widze tej plyty jako Klasyka. choc to wciaz rzecz wyskakujaca ponad hiphopowa srednia, zwlaszcza ta uksztaltowana w ostatnich lat.

komplementowanie wydawnictwa zaczniemy moze ciut od dupy strony, ale… mam wrazenie, ze oceniajac postac Eminema zdecydowanie za czesto zapomina sie o jego zdolnosciach  producenckich. to troche jak z OSTRem – wraz z kazda kolejna plyta podwyzszajacy swe notowania jako raper, a jednoczesnie „na boczku” rozkrecajacy wcale nie mniejsze umiejetnosci w kleceniu podkladow. oczywiscie nad caloscia MM LP znow sprawuje piecze wynalazca Ema – Dr Dre – ktorego podklady zdominowaly pierwsza polowe albumu. i nie sa to zle numery, choc zdecydowanie nie odbiegaja od tego, do czego byly lider NWA przyzwyczail nas dotychczas. poczawszy od „Marshall Mathers” za warstwe instrumentalna trackow odpowiada juz sam Em i robi sie nie tylko wszechstronniej, co tez bardziej przebojowo. a zglebiajac temat – popelnione przez pierwszego „Kill You”, „Who Knew”, „I’m Back” czy „Bitch Please 2” to dobrze bujajace, choc nie porywajace jakimis wielkimi hookami. najbardziej przebojowy zas, singlowy „The Real Slim Shady”, choc sympatyczny, to niestety mocno przesiakniety parciem na powtorke z sukcesu przelomowego „My Name Is”. natomiast Em zaskakuje co chwila. we wspomnianym „Marhall Mathers” gitarka i wrecz bluesowym klimatem. w drugim singlu z plyty – „The Way I Am” – posepnym klimatem budowanym na dzwonach i loopie klasycyzujacego klawisza. „Amityville” to juz atmosfera rzeczywiscie jak z jakiegos  nawiedzonego miasteczka. dla odmiany „Drug Ballad” raduje serce cudnym zenskim wokalem w refrenie. uznawanie Eminema za artyste popowego to, biorac pod uwage sama muzyke a nie okolomuzyczne okolicznosci, troche przesada, ale w tym tracku rzeczywiscie zbliza sie do jakiegos puff daddy’ego niemalze.

choc jesli chodzi o zenskie wokalizy, to zdecydowanie wygrywa „Stan”. tu akurat krytyka muzyczna ma racje – to naprawde genialna piesn. na wszystkich plaszczyznach – melodii (ok, to zasluga glownie Dido, autorski zsamplowanego „Thank You”, ale wpasowanie w podklad to tez wyzsza sztuka, a poza tym: BASS!), plaszczyzny dzwiekowej (burza, deszcz, nawet odglos skrobania olowkiem robi wrazenie), interpretacji wokalnej Ema i przede wszystkim storytellingu. moze mam spaczona wrazliwosc, ale rusza mnie to doszczetnie i tyle. odnotujmy jeszcze goscinne wystepu ziomkow z D12, RBXa i Sticky Fingaz (Onyx) w „Remember Me?” i westcoastowej smietanki (Snoop, Xzibit, Dr Dre i Nate Dogg) w drugiej czesci Snoopowego „Bitch Please”, choc to juz tylko raczej z obowiazku. bo calosc to jednak teatr jednego aktora.

no wlasnie, aktora. zdecydowanie nie da sie pana Mathersa sprowadzic do monotonnego zapodawania linijek. spiewu moze tu wiele nie ma, natomiast sporo tu wlasnie niemal aktorskich interpretacji. najlepszy przyklad – „Kim”, niemal jak wyjety z filmu jakiegos. srednio sympatycznego, z cyklu „bo to zla kobieta byla” – glowny bohater, pan raperzysta Eminem, porywa malzonke (w tej roli takze Em) i wywozi ja do lasu. koles maniakalnie ja kocha, glosno przyznajac to co chwile, co nie przeszkadza mu pod koniec poderznac jej gardla. trudno sie dziwic, ze partnerka rapera, Kimberley Scott (zbieznosc imion ozywiscie nieprzypadkowa) postanowila pospotykac sie z nim w sadzie. i choc „Kim” to, przy calej swej hardkorowosci, zdecydowanie udana rzecz, to jednak za czesto na tym albumie przegiec, ktore zblizaja eminema do blazna anizeli do bezkompromisowego artysty, moze nawet geniusza. i juz nie tylko mowa o pajacowaniu gangsterskim („Criminal” w sumie tym skitem w srodku piosenki rozsmieszyl i byc moze o to chodzilo), ale horrorcorowym po linii najwiekszych antagonistow Ema z Insane Clown Posse (check „Ken Kaniff”).

inna sprawa, ze ta jazda po celebrytach (tym razem na linii ognia: Brit, Christina Aguilera, Fred Durst, N Sync i Backstreet Boys, to name a few), gejach, rodzinie zaczyna nudzic juz na rozciaglosci tego albumu. a co dopiero mowiac o pozniejszej dyskografii Eminema. jak uslyszalem pierwsze single z „Relapse” to dalem sobie spokoj. moglby naprawde skupic sie chlopak juz tylko na robieniu podkladow. ale mysle ze „Marshall Mathers LP” nie tylko warto jednak znac, co ii miec w zyczliwej pamieci.

 

najlepszy numer: STAN

ocena: 8/10

Leave a Reply