rageman.pl
Muzyka

Eminem – The Eminem Show

rok wydania: 2002

wydawca: Shady

 

a wlasnie, spoznione zyczenia urodzinowe, Em!

kurcze, mam opory przed zaliczeniem typa do jednego z najwazniejszych raperow ever. ale fakt jest taki, ze kolejny po „Marshall Mathers LP” album wyszedl mu na nieprzyzwoicie wysokim poziomie.

na tej wysokosci jeszcze postac Eminema bronila sie calkowicie. owszem, wciaz balansuje na granicy geniuszu i groteski badz kiczu. ale tez trzeba zauwazyc ze chlopak sie, o kurcze, intelektualnie rozwija. albo inaczej – zaczal w madrzejszy ciut sposob wyrazac swoje mysli i opinie. dal sobie juz spokoj z obrazaniem gejow, zamiast tego propsuje Eltona Johna, z ktorym wykonal „Stana” na rozdaniu Grammy. obrazanie matki badz bylej kobiety rownowazy wyznawaniem milosci do corki („Hailie’s Song” przede wszystkim). nie obylo sie bez obrazania celebrytow (na celowniku Mariah Carey, Moby, jak zwykle N Sync i niegdysiejsze ziomy z Limp Bizkit), ale jak juz to robi to wychodzi mu kultowy frazes („Nobody listens to techno!”). przypomina tez, ze w pierwszej kolejnosci jest wykonawca hiphopowym i oddaje hold Redmanowi, Nasowi czy Outkastowi, by innym razem rozprawic sie z Canibusem czy tez Jermaine Dupri (no, jesli chodzi o tego drugiego, to bardziej wspomaga w dissowaniu Dra Dre w „Say What You Say”. jesli bawi sie w mizoginizm to podaje tez przyczyny takiej postawy (ktore mozna sprowadzic to ulubonej tezy mojego kuzyna – „pies nie wezmie jak suka nie da”). trzeba przyznac, ze calkiem sensownie wyklada temat odpowiedzialnosci artysty za czyny sluchaczy w „Sing For The Moment”. nie obylo sie tez bez krytyki Ameryki jako takiej – 9/11 dostarczylo jeszcze wiecej argumentow niz masakra w Columbine. momentami moze meczyc postawa meczennika, robienie z siebie hiphopowego jezusa, pewne fragmenty traca mocnym amerykanskim wsiunstwem, ale mimo wszystko – kupuje calosc.

tym bardziej ze towarzyszy tym lirykom jeszcze lepsza muzyka niz na „Marshalll Mathers LP”. nie chce popadac w herezje, powiedzmy wiec tylko, ze Dr Dre ma jak najbardziej godnego nastepce w osobie Eminema. nawet jesli wciaz byl w stanie wysmazyc tak tlusty beat jak w „Business”. ale producencko to Em tutaj rzadzi i dzieli. nawet jesli da sie dostrzec mocno podejrzana powtarzalnosc, wrecz schematycznosc. bo „Without Me”, choc piesci uszy cudnie przedziwaczna rytmika i chorym saxem w tle, to twor po linii „My Name Is” i „The Real Slim Shady”. mroczny „Cleaning Out My Closet” to powtorka z „The Way I Am”. a „Sing For The Moment” z samplem z „Dream On” Aerosmith (Joe Perry dostarczyl dodatkowa swiezutka soloweczke) jest dla „The Eminem Show” tym, czym byl „Stan” dla poprzednika. kurcze, nawet posylano te tracki na single w dokladnie takiej samej kolejnosci. jakby tego bylo malo, pod trzynastym indeksem czai sie znow dawka r’n’b („Superman”). dobra, zwrocmy uwage na nowinki. np na to, ze w „Hailie’s Song” blondas najzwyczajniej w swiecie, bezczelnie… spiewa. ladniutkie to, nie powiem, choc bardziej przy uwzglednieniu kontekstu. zreszta, sama coruchna Eminema podspiewuje z rodzicielem takze w „My Dad’s Gone Crazy”. wykorzystanie klaskanego patentu z „We Will Rock You” pozwalalo z „Till I Colapse’ uczynic podklad, na ktorym moznaby zjechac w beefie kazdego oponenta. goscinnie refren podspiewuje Nate Dogg. z goscinnych wystepow mamy jeszcze D12 w hardkorhiphopowym „When The Music Stops” i nowe odkrycie Em’a – Obie Trice – w „Drips”.

tak sobie mysle, ze w dobie nerdowej podjarki najdziwaczniejszymi nawet tworami mainstream hip hopu czemuby mocniej nie docenic takiego Eminema? zwlaszcza ze, w przeciwienstwie do Lil Wayne’ow itp, to chlopak mial swego czasu cos do powiedzenia. zwlaszcza, mial. pamietajmy o tym i docenmy.

 

najlepszy moment: WITHOUT ME

ocena: 8,5/10

Leave a Reply