rageman.pl
Muzyka

Electric Light Orchestra – Time

rok wydania: 1981 (reedycja: 2001)

wydawca: Legacy

 

Są zespoły, które wyznają zasadę, którą najkrócej można by okreslić jako „istnienie wyłącznie dla fanów”. Oczywiście każdy artysta kieruje swą twórczość do odbiorców. Ale pewne zespoły doszły w tej zażyłości relacji z fanami do tego stopnia, że nagrywają płyty pod kątem tego, „co się spodoba”, całkowicie rezygnując z twórczych poszukiwań. Nie ma co sypać przykładami, mowa w sumie o 70% współczesnych twórców. ELO do tej grupy nie należało.

„Discovery” osiągnęło spory sukces i wystarczyło na następnej płycie jeszcze bardziej podrasować disco-sound. Tymczasem Lynne’owi zamarzył się pierwszy w swej dyskografii concept-album. By było jeszcze weselej, postanowił go poświęcić całkowicie tematyce sci-fi. Jak sobie założył, tak zrobił.

Biorąc pod uwagę, że był to początek lat ejtisowych, ten futuryzm z „Time” dziś wywołuje efekt co najwyżej rozczulający. Trzeba jednak też przyznać, że choć akcja zawartej na płycie historii dzieje się w 2095, to parę tekstów sprawia wrażenie zaskakująco aktualnych, a co za tym idzie – proroczych. Vide zagubienie podmiotu lirycznego w „21sc Century Man” czy szum informacyjny w „Here Is The News” (warto wspomnieć, że jednak w tamtych latach nie osiągnął on jeszcze tak tragicznego wymiaru). Zatem może koncept trąci obecnie myszką, ale mimo wszystko warto odbierać go pozytywnie. Tym bardziej, że w kontekście muzyki nie była to wtedy tak popularna tematyka.

No dobra, ale zasługą tego wydawnictwa dla całego astro-rocka czy dzieł pokroju „Yoshimi Battles The Pink Robots” są nie teksty, ale przede wszystkim muzyka. Jeśli jaracie się np. ekranizacją „Diuny” popełnioną przez Lyncha to wiecie, jak fantastyczne efekty może dać połączenie science fiction z estetyką lat 80tych. Plamy synthow, vocodery, perkusja z automatu… Palce lizać! Warto jednak przy tym zaznaczyć, że pomimo iż brzmienie tej płyty rzeczywiście zanurzone po sam czubek głowy w ejtisach, może ono być interesujące nie tylko na fali sentymentu. Weźmy takie „Twilight” czy „Yours Truly, 2095” – przecież te numery są doskonale znane ze współczesnych list przebojów, tyle że dla niepoznaki pojawiają się na nich jako piosenki The Killers (choć ten drugi ze względu na wokal to taki dość ostry The Buggles). Albo z innej beczki wspomniany „Here Is The News” – czy ktokolwiek śmie powiedzieć, że nowa fala i New Order się zdezaktualizowały? No właśnie. A przy tym mamy jak zwykle beatlesowania – najpopularniejsza stąd ballada „Ticket To The Moon”, a konkretnie linia wokalna i smykowy akompaniament, to „Yesterday” jak w mordę strzelił. A poza tym sporo kombinowania, nie zawsze jednak przekonujących – o ile espaniolsko brzmiący „The Way Life’s Meant To Be” jeszcze da się przeżyć, podobnie jak pozostałość po disco poszukiwaniach w „From The End Of The World”, tak już „The Lights Go Down” brzmi jak Beach Boys w najgorszym wydaniu. Niespecjalnie kupuję też brzmiący jak doklejony na siłę singiel „Hold On Tight”, rockandroll będący prototypem „Rock And Roll Is King”.

Concept album mający mało wspólnego z tym, co zazwyczaj przez to rozumiemy. Żadnych suit, leitmotivów, po prostu kolekcja spójnie jak diabli brzmiących piosenek. Niekoniecznie ta sama półka co dzieła Pink Floyd czy Yes, ale tuż niedaleko. Aha, i wreszcie wydawca postarał się o fajne bonusy. B-side’y z singli, których nieobecność w programie głównym – zwłaszcza „When Time Stood Still” (pozdrawiamy Johna Lennona) – może lekko zastanawiać.

 

najlepszy moment: HERE IS THE NEWS

ocena: 8,5/10

Leave a Reply