Electric Light Orchestra – Discovery
rok wydania: 1979 (reedycja: 2001)
wydawca: Legacy
Kolejna recenzja twórczości Electric Light Orchestra, a zarazem nie ostatnia. Zatem jeśli ktoś nie chce mieć nic wspólnego z muzyką słuchaną przez jego rodziców, może sobie odpuścić tego bloga na parę dni.
Kilka lat i płyt później spotykamy ELO w dość odmiennych okolicznościach od tych, które towarzyszyły wydaniu „Face The Music”. Przede wszystkim – rock progresywny w swoim rozbuchaniu aranżacyjno-kompozycyjnym zaczął tracić kontakt z rzeczywistością, tj. ze słuchaczami. Ludzie pragnęli prostoty, ludzie pragnęli piosenek z tekstami ich dotyczącymi, ludzie pragnęli rewolucji. I ta przyszła. Na jej czele stanął Punk, ale dzielnie sekundowało mu disco. Jeff Lynne widząc co się święci, w obawie przez straceniem postanowił stanąć po stronie rewolucjonistów. Dla niepoznaki podziękował za współpracę muzykom odpowiedzialnym za orkiestralny aspekt muzyki ELO, redukując skład do kwartetu i, aby nikt nie miał wątpliwości, nazwał swoje nowe dzieło „DISCOvery”.
Gdyby transformacja dokonała się w stu procentach, można byłoby rzeczywiście posądzić Lynne’a o koniunkturalizm. Ale ów wpływ disco jest słyszalny tylko w kilku utworach – „Shine A Little Love” rzeczywiście brzmi jak wyjęty z repertuaru Bee Gees, podobnie jak „Last Train To London”. Ale już np. drugi w kolejności „Confusion”, nawet jeśli w warstwie instrumentalnej brzmi dość ówcześnie, tak z tym swoim rozmarzonym śpiewem (trzeba to w końcu powiedzieć – Lynne to dość niezły kameleon wokalny) to wykapany Roy Orbison. A tego pana raczej ciężko uznać za ikonę epoki disco.
Jakie jeszcze wpływy stanowią zatem o obliczu „Discovery”? Nie zgadniecie – The Beatles. W „Need Her Love” słychać zatem bitli balladowych ze znaczącym udziałem smyków, zaś „Midnight Blue” mógłby znaleźć się na którejś z solowych płyt Lennona. Dość przegięty w tym kontekście jest natomiast „The Diary Of Horace Wimp”. Barwa głosu Lynne’a, harmonie, smyki, ale przede wszystkim zróżnicowana struktura kompozycji (podyktowana tematyką tekstu) – nie ma innej opcji, wszystkie tropy prowadzą do „A Day In The Life”. Jak się ponownie jednak okazało, w przebojach singlowych potrafią brzmieć już zupełnie po swojemu – „Don’t Bring Me Down” to rockowy walec, genialnie napędzany loopem perkusyjnym o sile młota.
Jeden naprawdę udany „Don’t Bring Me Down” nie potrafi jednak ukryć wrażenia, że przy tworzeniu „Discovery” Lynne miał znacznie większą wenę jako aranżer i producent aniżeli kompozytor. Też niespecjalnie udane są dorzucone do reedycji b-side’y. Już darowaliby sobie panowie wydawcy wrzucanie takich minutowych demówek fragmentów piosenek (nawet jeśli jedna z nich dotyczy nigdy nie wydanego utworu „Second Time Around”)…
najlepszy moment: DON’T BRING ME DOWN
ocena: 7,5/10