Eddie Vedder – Into The Wild
rok wydania: 2007
wydawca: J
weekendowa przerwa na spokojniejsze dzwieki.
do swiata Pearl Jam zawsze milo wrocic po tak dlugiej przerwie (najswiezszy „Backspacer” opisywalismy po premierze na jesieni ’09), choc tym razem w ciut innych okolicznosciach. o tym, ze wokalista grunge’owej legendy, Eddie Vedder, lubi sie ze swiatem filmu wiadomo nie od wczoraj. ze przyjazni sie z Seanem Pennem tez – jesli wczesniej Vedder wydawal cos solo, to przewaznie na sciezki dzwiekowe filmow z jego ziomem w roli glownej. dlatego dziwnym nie jest, ze Penn, przy kolejnym swym rezyserskim dziele, postanowil zaangazowac Veddera w koncu jako glownego autora muzyki.
powiedzmy wprost – nie widzialem filmu, nie wiem jak to co stworzyl Vedder wypada w konfrontacji z obrazem. prawdopodobnie dobrze, skoro film jest powszechnie wychwalany. jesli jednak traktowac plyte jako oficjalny debiut solowy, to mozna wszem i wobec obwiescic Poczatek Wielkiej Kariery. i nie musi to brzmiec tak do konca kuriozalnie – po wydanym w ’06 „Pearl Jam”, chyba najslabszej plycie zespolu, mozna bylo naprawde zwatpic w sens dalszej egzystencji tego zespolu. na szczescie po „Backspacerze” musialem posypac glowe popiolem, co nie znaczy, ze dzialalnosc Veddera w wersji solo stracila racje bytu.
bo to diametralnie inna muzyka od „Backspacera”, na ktorym PJ znow zaczal cieszyc sie zespolowym graniem. z drugiej strony – nie brzmi to tez tak posepnie jak na plytach z przelomu wiekow – „Binaural” czy „Riot Act”. jesli juz mialbym porownywac, to najblizej by bylo do „No Code”. skromne, aranzacyjnie dojrzale, choc czesto ascetyczne granie, jednoczesnie pelne uczuc i emocji inspirowane tak R.E.M., jak i Dylanem. choc 20 lat temu nikt by nie uwierzyl, ze pojecia „Eddie Vedder” i „folk” bedzie mozna umiejscowic w jednym zdaniu, to nagrania typu „Rise” pokazuja, ze niezbadane sa wyroki Boga Muzyki. tyle ze w tym wypadku akurat to bardzo dobry wyrok i oby takich czesciej w Sztuce.
mam jednak problem w ta plyta. bo jednak pierwsza polowa plyty nie pozwala zapomniec o sountrackowym kontekscie. a nawet majac go w pamieci ciezko wybaczyc czasem wybitnie zmarnowany potencjal tych poczatkowych piosenek. niektorzy artysci oczywiscie potrafia wyczerpac temat w przeciagu dwoch, a nawet i jednej minuty – vide Dylan czy inni folkowcy sprzed dekad. Vedder, przynajmniej na wysokosci „Into The Wild”, do takowych nie nalezal. i ciezko sluchac, jak kompozycje typu „Setting Forth” czy „Far Behind” na dobre nie zdaza sie rozkrecic, wzleciec w przestworza, a juz musza ustepowac miejsca nastepnym w kolejce. chyba nieprzypadkiem najlepsze kompozycje na plycie sa jednoczesnie tymi najdluzszymi. zebranymi zreszta na drugiej, znacznie lepszej polowie plyty. poczynajac od genialnie zaaranzowanego (wyjatkowa tutaj opcja „na bogato”, choc bez przepychu) „Hard Sun”, poprzez „wykrzyczany” instrumental „The Wolf” a konczac na „Guaranteed”. wprawdzie wydaje mi sie, ze te wszystkie Zlote Globy i Grammy dla tej piosenki sa dosc przesadzone (zakladajac, ze tego typu nagrody sa wyznacznikiem jakiejkolwiek jakosci), ale rzeczywiscie ma ona swoj urok (takze w bonusowej, wymruczanej wersji). a w miedzyczasie mamy jeszcze „End Of The Road”, gdzie przyjemna akustyczna piosenka stopniowo przeistacza sie w niepokojaca kode, no i przede wszystkim absolutnie przepiekne „Society”. wprawdzie to cover (podobnie zreszta jak „Hard Sun”), ale wykonana tak poruszajaco, jak tylko ten koles potrafi wykonac cudze kompozycje – co juz udowodnil „Last Kiss”em czy „Crazy Mary” (podobnie jak w tym drugim tu tez mamy zenski backing vocal). historyczna wrecz rzecz, a przy tym zupelnie nie zdradzajaca takich aspiracji.
nie slyszalem jeszcze wydanej niedawno „Ukulele Songs”, ale naprawde nie mam nic przeciwko prowadzeniu rownolegle do Pearl Jam kariery solowej. i oby to bylo cos wiecej niz dzialalnosc „na boku”.
najlepszy moment: SOCIETY
ocena: 8/10