Dżem – Detox
wydawca: Ania Box Music
poniewaz staramy sie tutaj tematami kolejnych notek nawiazywac do tego, co dzieje sie w REALU, tak wiec sobie pomyslalem „Jaki jest najladniejszy, lub przynajmniej jeden z najladniejszych numerow poswieconych milosci do matki czy po prostu rodzicielce?”. pierwszy strzal – „List do M.”. przejmujace cudo, caly Riedel. okej, dzis wiec bedzie o tej naszej legendzie krajowego rocka.
stety badz niestety, nigdy specjalna miloscia Dzemu nie darzylem. zadnych naszywek w liceum, pomykania na koncerty, doznawania przy plytach. ominelo mnie hajp, tak po prostu. choc inspirowane amerykanskim graniem, to zawsze kapela Ryska R. kojarzyla mi sie z totalnie polskim, wrecz zasciankowym klimatem. ogniskowe piosenki dla hipisow, ktorzy nie zauwazyli, ze nie zyjemy ani w latach ’60tych, ani nawet w latach ’70tych. moze ocena muzyki zespolu przez pryzmat jej wielbicieli nie jest sprawiedliwe (acz nie umawialsmy sie na tym blogu na obiektywne, sprawiedliwe oceny), ale mnie ta otoczka zawsze odrzucala. i kiedy w pewnym momencie odkrylem The Allman Brothers Band to stalo sie wrecz dla mnie oczywiste, ze Dzem to (byc moze nieswiadoma, nie zarzucam panom tak nieambitnego zagrania) ubozsza wersja zespolu braci Allmanow. ubozsza, bo wybijajacy sie umiejetnosciami Jerzy Styczynski to ani nie Duane Allman czy nawet Warren Hayes, a Pawlowi Bergerowi do Gregga Allmana tez ciut brakuje. no jednym slowem – profesjonalizm jest, ale o zbiorze wybitnych muzykow mowy byc nie moze. inna sprawa, ze pewnie panowie z Dzemu takie porownanie przyjeliby za komplement. zwlaszcza jakby jeszcze dorzucic Grateful Dead.
on di oder hend, trza slepym byc by nie dostrzegac roznicy w jakosci Dzemu i innych ogniskowych bandow pokroju Happysad czy Strachow Na Lachy. poza tym jest cos, a raczej ktos, czym Dzem wygrywa nawet z Allmanami. Ryszard Riedel. wokalista, lider, frontman, Postac. moze imidz lekko nie z tej ziemi (a raczej nie z tych czasow), ale jednak. niby nie wielki glos, ale jednak wybitny. jak kiedys Oley z Proletariatu powiedzialo mozliwosciach RR – plotu sila swego glosu by nie wywrocil, ale na pewno wywiercilby w nim dziure. z pelna odpowiedzialnoscia stwierdzam, ze Dzem = Ryszard Riedel.
i to slychac szczegolnie na „Detoxie”. na pewno slychac progres w warstwie instrumentalnej, na pewno sporo sie w tych dzwiekach dzieje. do podkladu pod wokal Rycha pozostalej piatki sprowadzic sie nie da (szczegolnie bedacego niejako gosciem na tej plycie perkusisty Jerzego Piotrowskiego z SBB; posluchajta „Czarny Chleb” – moc). ale i tak bohaterem tej plyty jest Rysku. Rysku – wokalista, Rysku – teksciarz. tyle ze jakos drugiego jest silnie uzalezniona od aspektu pierwszego. bo wezmy wspomniany „List do M.”. na papierze to wyglada na banal, „wyobrazilem sobie ze nie ma Boga, nie”. ale Wykonanie. WYKONANIE. nie trzeba miec obcykana biografie Riedla by skumac, ze spiewa to czlowiek z jedna noga w grobie. czlowiek swiezo po tytulowym detoksie, ktory juz wie, ze znow tam wroci. tak jak po kolejnym wyjsciu z niego. i tak wciaz, ’till ’94. i chociaz „Ostatnie widzenie” tez kluje w serduszko, to reszta trackow nie jest juz tak jednoznacznie dolujaca. bo „Sen o Victorii” brzmi dla odmiany jak slaska odpowiedz na „Imagine” Lennona, w czym pomaga bergerowe intro na klawiszach. tytulowy track, choc opowiada, z godnie z tytulem, o odwyku Riedla, to momentami brzmi jakby zartobliwie. a funkujacy „Mamy forse, mamy czas” czy riffowy „jak malowany ptak” to pelem pozytyw, „ze az chce sie zyc”.
a jednak mam problem z tym wydawnictwem. bo wiekszosc piosenek to dobre rzeczy, przeplatane swietnymi. doceniam wykonanie, profeske. staram sie tez uwzglednic wplyw na polska kulture, jakkolwiek by ona dziwaczna nie byla. nie wiem, moze to kwestia dojrzalosci… ale ja naprawde nie mam przy odsluchu „Detoxu” poczucia obcowania z Albumem Wybitnym. sorry, Dzemie.
najlepszy moment: LIST DO M.
ocena: 8/10

