rageman.pl
Muzyka

Dick4Dick – Summer Remains

summer-remains-b-iext21082149rok wydania: 2009

wydawca: Dickie Dreams

 

no i znow nowosc. ale tym razem trza poopisac sie lokalnym patriotyzmem. jeden z najlepiej rokujacych zespolow trojmiejskich wydal nowa plyte.

moze tez rockujacych? jeszcze pare lat temu byloby to nie do pomyslenia, by obok dickow stawiac termin „rock”. a tu prosze… juz sama okladka sie kojarzy z jakimis psychodelorockami z lat 60tych. przypuszczam ze sporo dotychczasowych fanow, wychowani na „Drink My Kefir”ach i tym podobnych hitach, po odpaleniu nowej plyty przecieralo uszy z niedowierzaniem. o co chodzi?

ano chodzi o to ze jest coraz lepiej. okej, umowmy sie – ja tez z rozrzewieniem wspominam stare czasy. electrorozpierdziuche koncertowa, covery iggy’ego popa, ultramonotematyczne teksty traktujace wiadomo_o_czym. ale tak nie mozna cale zycie, dowcipu nie mozna opowiadac w nieskonczonosc. a najgorsze co mogloby spotkac tych mega zdolnych muzykow (nie jest to az tak popularny fakt, ze obcujemy tu przeciez niejako z supergrupa) to wrzucenie ich do worka „kabaretowej muzyki” i stawianie ich obok Big Cyca jakiegos. jeszcze gorsze, ze nawet jesli zgodzimy sie, ze ta poczatkowa tworczosc nie jest jakos wybitnie intrygujaca propozycja artystyczna, to niektorym nie chcialo sie nawet przebijac przez fiutowa otoczke, by wyrobic sobie zdanie o tejze tworczosci.

zapewne znajda sie tacy, co beda zarzucac sprzedanie sie, zlagodzenie wizerunku na potrzeby duzej wytworni (niby wlasny label, ale jednak podpadajacy pod niezal molocha – Mystic’a). coz, najlepiej na takich wylozyc, ekhm, lache. reszta niech slucha.

troche pierwszy akapit mogl zasugerowac zerwanie calkowite z korzeniami. spokojnie, nie do konca tak jest. najpierw zalatwmy sprawe tekstow. zero fiutow, zero macho-postawy. ale wciaz mnostwo abstrakcji, mnostwo humoru, wlasciwie brak jakiegokolwiek osadzenia w naszej, trzezwej rzeczywistosci. a muzyka? niby format +/- 3minutowy, ale o tradycyjnym schemacie zwrotka-refren nie ma co marzyc. panowie zamkneli sie na jeden, wakacyjny miesiac w domku na wsi, gdzie zapewne obok instrumentow towarzyszylo im troszke wspomagaczy. jesli nie, to przepraszam za pomowienie, ale tak wlasnie ta plyta brzmi. jamsession niedawnych electro-terrosystow, ktorzy „na starosc” odkryli magie instrumentow i brzmien z zamierzchlych czasow. audiofile nie maja tu czego szukac, ale wielbiciele tzw brudnego grania (brudne fiuty? ughhhh) rozkochaja sie w tym obliczu od razu. zawezajac sie do polskiego podworka – przypomina to mocno to, co proponuje na plytach Psychocukier. tyle ze tam gdzie u lodzian wkracza noise, tak u naszych dzisiejszych bohaterow odzywa sie electro-przeszlosc.

no wlasnie, wracamy do poprzedniej mysli, czyli „Nowe i stare D4D – roznice i podobienstwa”. przyznam ze ominal mnie jakis potezniejszy kontakt z „Grey Album” z roku ubieglego. pamietam natomiast nowych dickow z koncertu na Flader Festival. nowe, rockpsychodeliczne kawalki obok electrohitow. miszmasz, ktory raczej na dluzsza mete nudzil, zamiast intrygowac. nie wiem jak jest teraz na koncertach, ale w przypadku plyty mozna mowic o kapitalnej symbiozie. okej, dominuje „zywe” granie, ale najczesciej za hooki odpowiadaja wlasnie „parapety i syntetyki”. najlepszy tego przyklad – „Girls Against Period”. moj faworyt na singla, choc pewnie nie przejdzie ze wzgledu na schizofreniczny posmak calosci. wysokie wokale w zwrotkach (refrenach?) obok mhhhhrocznej gadaniny w refrenach (zwortkach?). wchodzac na oficjalny website zauwazylem, ze panowie forsuja „Hollywood”… tez dobry typ, tym bardziej ze calosc milsza w odsluchu dla przecietnego sluchacza. no i tekst po polsku. wlasnie, to jest warte odnotowania – panowie wypadaja rownie dobrze spiewajac w ojczystym narzeczu, jak i po angielsku. zespol uniwersalny, moga podbijac tak Polske, jak i swiat.

i tylko dopelniajacy psychodelicznego posmaku calosci, zamykajacy stawke „The End Of R’N’R” mnie wkurwil. dlaczego? bo to pol godziny, jakby to powiedzial Phil Collins podczas wystepu Genesis w PL, „fuckin’ deszczu”. zabraliscie mi pol godziny cennego zycia, chuje. ale i tak – brawo panowie. pewnie malkontentow nie przekonacie i tak, bo to jednak nie jest ten poziom co omawiane tutaj nowe plyty Hey’a czy Pearl Jam, ale i tak szacun. milo obserwowac takie postepy.

zreszta, cos z ta polska muzyka naprawde dobrze sie dzieje. ludzie rozkminiaja ambitna elektronike, hiphopowcy zasypuja dobrymi legalami, alternatywna scena gitarowa staje sie coraz potezniejszym panstwem w panstwie, a i stare zalogi pokazuja, ze nie powiedzialy ostatniego slowa jeszcze. myslicie, ze Doda postawi dzis kropke nad i, zgarniajac nagrode MTV?

 

najlepszy moment: GIRLS AGAINST PERIOD

ocena: 7,5/10

Leave a Reply