Deftones
gdzie: Atlas Arena, Łódź
kto: Deftones, Denzel Curry, Drug Church
Sezon koncertowy ’26 rozpoczął się najlepiej jak tylko mógł. To więcej niż odhaczenie kolejnej pozycji z listy zespołów, które chciałbym zobaczyć przed śmiercią. To było spełnienie marzenia.
Wciąż niepojęte jest dla mnie jak to możliwe, że Deftones – bo o nich będzie dziś mowa – wystąpili w Polsce zaledwie drugi raz, istniejąc lat ponad 30 (licząc od debiutu płytowego, bo zespół założyli jeszcze w latach 80tych). Nawet jeśli przyjąć jest, że nie koncertują w Europie tak często jak ich koledzy z Korna, z którymi kładli fundament pod scenę numetalową (ci to niemal zadomowili się nad Wisłą, grając już u nas 13 razy), to jest to statystyka wręcz kompromitująca. Tyle że kogo – Deftonesów, którym się nie chciało do nas zajeżdzać, czy promotorów koncertowych, którzy nie ogarnęli tematu? Czy to ważne w sumie?
Ważne, że się udało. Za pierwszym razem, kiedy grali w 2011 roku (!) w Parku Sowińskiego, perspektywa wyjazdu do Warszawy na koncert jawiła się wręcz nierealną, więc odpuściłem (czego nie potrafiłem sobie wybaczyć przez kolejne 15 lat). Teraz uznałem, że pojadę nawet do Świnoujścia na rowerze jeśli będzie trzeba. Okazało się, że tak poświęcać się nie będzie trzeba, wszak Łódź to rzut beretem z Warszawy. Niemniej komplikacji nie zabrakło.
Po pierwsze – początkowo cieszyłem się, że to nie Live Nation organizuje koncert, bo oznaczałoby to kolejne cyrki z wywindowanymi cenami biletów. A jednak Alter Art też niespecjalnie się popisał. I nie chodzi o cenę biletów – trzeba się pogodzić z tym, że czasy biletów na koncerty światowych gwiazd za kilka stówek skończyły się bezpowrotnie i teraz trzeba wysupłać z kieszeni kwotę bliższą 1K zł. Jak się miało okazać, cena nie odstraszyła fanów i kiedy ruszyła sprzedaż ledwo udało mi się wyszarpać dwa bilety na trybunach. Niewiele później ogłoszono wyprzedanie wszystkich biletów. Sold out? Wolne żarty. Obserwując płytę z perspektywy trybuny czułem się jak ten Milowicz w „Chłopaki nie płaczą”, „spokojnie, zaraz się rozkręci”, zaraz wypełnią tę płytę. Gdzie tam, to nawet nie była połowa wypełniona. Rozumiem, że ze względu na komfort i bezpieczeństwo nie można obiektu nabić jak puszkę sardynek, ale no coś tu ewidentnie było nie halo. Zresztą, chodzą pogłoski (nie weryfikowałem), że w dniu koncertu AA jeszcze ogłaszało sprzedaż biletów. Nieładnie, panowie, nieładnie.
Czy żółta kartka należy się też PKP? Czasem chciałoby się im przyznawać takową z defaultu, ale też powiedzmy sobie szczerze – obcujemy aktualnie z naprawdę arktycznymi mrozami, które paraliżują nie tylko koleje. Nie jest też winą to, że człowiek wpada pod pociąg, a taka też tragedia przydarzyła się 5-ego lutego. I chociaż przedpołudniowe zapowiedzi nie wyglądały dobrze – kilkugodzinne obsuwy, a nawet odwołane podróże – to finalnie na strachu się skończyło i dojechałem w porę. Na tyle wcześnie, aby poczynić też w pociągu i na arenie obserwacje natury socjologicznej…
Tutaj warto pochylić się nad tematem „Deftones i pokolenie TikToka”, bo jak się okazało, miał on kluczowy wpływ także na to, jak wyglądał koncert w Łodzi. Jak być może zauważyliście na tym blogu, w głównej mierze uczęszczam na koncerty moich herosów z czasów młodości, tudzież bohaterów młodości mojego ojca, którzy też stali się moimi bohaterami. I przeważnie jest to mniejsze lub większe, ale jednak emeryten party. Tymczasem na koncercie Deftones czułem się jak na Clout Festivalu, kiedy patrzono na mnie jakbym przyszedł odebrać syna lub córkę z koncertu. Jedyna różnica, że na Cloucie stylówa partycypujących jest, co oczywiste, bliższa temu jak aktualnie nosi się hiphopowa młodzież. Tymczasem na Deftones można było zaobserwować dziwny mix gotycki/emo/metalowy. Trochę tak, jakby ta outsiderska część młodzieży (bo zawsze jakaś część będzie się buntować przeciwko wszechobecnie panującej modzie, tak było, jest i będzie) uznała że Joy Division czy The Cure to już trochę zbyt oldschoolowo brzmi, więc dali sztandar Smutnej Młodzieży do noszenia Deftonesom. I oczywiście część boomerów się obrusza, że co ta źródło wiedzy o muzyce ten cały TikTok, gdzie przecież tylko głupie tańce i patologie. Zapytam więc – na ile różne jest to od tego jak my, millenialsi, poznawaliśmy numetalowe zespoły za sprawą gier komputerowych i slasherów?
A skoro o numetalu mowa. Być może strategia, którą Deftones obrali jeszcze na początku kariery, by nie wpisywać się aż tak w numetalowy trend (mimo iż ich brzmienie było fundamentalne dla gatunku), właśnie teraz przynosi największe efekty. Widziałem to rok temu (zresztą także w Łodzi) na Limp Bizkit, na Mansonie (wiem, że nie jest to stricte nu metal, ale fanbaza jest dość zbieżna) także. Dawno na Kornie nie byłem, ale pewnie byłoby ta samo – na każdym z tych koncertów dominowali 40+ w znoszonych bluzach adidasa, czekające na ukochane hity z lat licealnych i traktujące nowe piosenki w setliście jako zło konieczne (taki Limp Bizkit wychodzi zapotrzebowaniom fanów naprzeciw i w ogóle nowych piosenek nie gra). W przypadku Deftones chyba pierwszy raz widziałem, by na koncercie zespołu funkcjonującego kilka dekad najlepiej były przyjmowane utwory relatywnie nowe. Chociaż to też nie do końca prawda – wszystkie piosenki były przyjmowane świetnie. Serio, pod względem reakcji publiczności był to jeden z najlepszych koncertów na jakim byłem od lat, przynajmniej w kategorii legacy artists (nie wierzę, że dożyłem momentu że Moje zespoły będą już uchodziły za klasyczne). Drogie zespoły, ale też fani muzyki – doceniajcie TikToka, bo to właśnie dzięki jego użytkownikom ten biznes muzyczny – oraz koncertowy – jeszcze się jakoś kręci.
Ale też oddajmy królom, co królewskie – Deftonesi są w peaku swojej gry. Widać to po liczbach sprzedaży (na Spotify, ale też pozycje na Billboardzie), widać po przyjęciu krytyków – zarówno najświeższy „private music”, jak i kilka ostatnich albumów to jedne z nielicznych w kategorii metalu (a jeśli rozpatrywać chłopaków w kategorii numetal, to jedyne), które są poważniej traktowane poza swoją niszą. I chociaż zawsze będą mi najbliższe pierwsze albumy z lat 90-tych, to byłbym ignorantem nie dostrzegając, że sporo dobrego znalazło się na późniejszych albumach. I z otwartymi ramionami przyjąłem obecność w setliście takich utworów jak „Diamond Eyes”, „Genesis”, „Sextape” czy „Hole in the Earth”. Powiem więcej – kocham „Around the Fur”, więc obecność tak deepcutowego utworu jak „Lhabia” przyspieszyła mi bicie serca na granicy zawału. Ale nie wiem czy jeszcze bardziej by mnie nie ucieszyła obecność „Minervy” czy „Prayers / Triangles” – zwłaszcza że mówimy o reprezentantach albumów, które jako jedyne zostały pominięte w setliście. Oczywiście najmocniej był reprezentowany „private music” – i może ten album nie skradł mi serca, to nie mogę powiedzieć, by te utwory odstawały od reszty setlisty. Tu wyróżniłbym szczególnie „my mind is a mountain” – generalnie każdy utwór miał świetne wizualizacje, ale tutaj te fragmenty wycięte ze „Świętej Góry” Jodorowskyego niemal rozsadziły mi receptory. I będę twierdził, że jako wizualizacja koncertowa to dzieło się lepiej sprawdza niż jako odrębny byt filmowy haha.
Ok, ale czas na szczerość – ja wiem, po co na ten koncert przyszedłem i co chciałem usłyszeć. To miała być wycieczka w przeszłość, do czasów kiedy świat stał otworem, a najmniejszy fragment muzyki potrafił mi rozszarpać emocje. I taką wycieczkę otrzymałem już na początku, kiedy zagrali „Be Quiet and Drive (Far Away)”. Wiedziałem że z obecnością „Passengera” będzie ciężko, bo bez drugiego wokalu sporo ten utwór traci (zwłaszcza że wśród supportów ciężko było znaleźć kogoś kto by wszedł w buty Maynarda Wielkiego, ale o tym za chwilę). Choć nadzieja była do końca… Dlatego jako najlepszą alternatywę życzyłem sobie „Digital Bath” – i ją otrzymałem. Magia… Byłbym mocno zdziwiony, gdyby nie zagrali też „Change (In the House of Flies)”, chyba najlepszy typ do tytułu „Największy Hit Deftones”. Ale najlepsze, jak miało się okazać, zostawili na koniec.
„My Own Summer (Shove It)”. Najbardziej numetalowy reprezentant twórczości Deftones? Na pewno najbardziej rozpoznawalny. I kiedy go zagrali, znów poczułem Tamtą Magię. Może Chino wizualnie nie ma już tego swagu co kiedyś (trudno aby miał będąc prawie 30 lat starszym), ale jeśli chodzi o ruchy – wciąż To ma. W pożegnaniu Sama Riversa pisałem, że jego sceniczna wczuta była niesamowita, 100% tego z czym kojarzy się numetal. Ale w kategorii wokalistów zdecydowanie wygrywa Chino. Te jego wejścia na odsłuchy, „duszenie” mikrofonu… Tak, owszem – jeśli ktoś się bał, że będzie ciężko zrozumieć to co Chino wyśpiewuje, to jego obawy się spełniły. Ale też – czy mogło być inaczej? Zawsze traktowałem wokal Chino – czy to śpiewany, czy krzyczany – jako kolejny (wspaniale brzmiący) instrument, i to dostałem. A też uważam, że kiedy trzeba było („Sextape”, „Cherry Waves”) to śpiewał pięknie i (w miarę) czytelnie.. OK, ale odbiegliśmy od tematu. Chciałem tylko powiedzieć, że „My Own Summer” rozniósł Arenę, a przynajmniej według takich boomerów jak ja. I można byłoby rzec – posprzątane. A tymczasem okazało się, że po tym śmiertelnym ciosie będzie jeszcze Fatality. A przy okazji spełnienie snów dla osoby z publiki…
Kim jest ten chłopak który wbiega na scenę? I dlaczego dają mu gitarę? Jak się później okazało, chłopak ma na imię Kacper i zwrócił uwagę na siebie transparentem z zapytaniem, czy może zagrać na gitarze z zespołem. No i zagrał. I zagrał świetnie. A udźwignął nie tylko zagranie z Deftonesami. Nie tylko zagranie na grande finale. Ale zagranie „7 Words” – jednego z najwścieklejszym utworów zespołu, od którego zaczęła się ich kariera. Przed oczami, niczym chwilę przed śmiercią, przewinęły mi się wszystkie wieczory w Orbitalu. Było to przepiękne. Jeśli można jednocześnie moshować i wzruszać się, to był właśnie ten moment.
Nie wiem czy obiektywnie był to wybitny koncert, nie obchodzi mnie to. Wartość koncertu jest taka, jaką ja mu nadaję. Dla mnie był to jeden z najwspanialszych wieczorów od wielu, wielu miesięcy.
(a teraz o supportach. Drug Church zaproponowali sympatyczny, acz niczym specjalnie niezaskakujący hardcore z silnym przedrostkiem post-. Zaskoczyć mógł drugi z supportów. Bo Denzel Curry spokojnie podołałby samodzielnemu koncertowy w większym obiekcie w Polsce. Przede wszystkim jednak jego newschoolowy (t)rap mógłby niespecjalnie wpasować się między dwa gitarowe wyziewy. A tymczasem nie tylko nie było żadnego rzucania obiektami na scenę, a wręcz przeciwnie – momentami pachniało wspomnianym Cloutem. I za to też kocham dzisiejsze młode pokolenia. Nam dziadom brakowało takiej otwartości).
najlepszy moment: 7 WORDS
ocena: 9,25/10