rageman.pl
Muzyka

Cypress Hill – Rise Up

rok wydania: 2010

wydawca: Priority

 

zobaczmy co u naszych starych znajomych z Cyprusowego Wzgorza.

coz, jako fana bola mnie takie wnioski, ale nie ma co ukrywac – najlepsze lata Cypress Hill ma za soba. co do komercyjnego aspektu nie ma watpliwosci w tym wypadku – od czasu „Skull & Bones” sprzed rowno 10 lat sprzedaz nowych wydawnictw B-Reala i spolki konsekwentnie spada. w koncu Columbia stracila cierpliwosc i wyrugala ich spod opiekunczego swego ramienia. to ze wyladowali w kolejnym majorsie zawdzieczaja szczesciu – wszak pierwotnie nowy album mial wyjsc nakladem niezaleznego Suburban Noize. tak sie jednak zlozylo, ze nowym dyrektorem legendarnego labela Priority (m.in. Ice Cube, 2pac) zostal sam Snoop Dogg. a ten jako pierwszych pod swa kuratele postanowil wziac swych ziomkow z zachodniego wybrzeza… i mozliwe, ze juz zaluje swej decyzji – „Rise Up”, pomimo szumu przed premiera, szalu na rynku nie zrobil, od czasu premiery w kwietniu 2010 zadnych nowych singli z albumu nie wykrojono.

bo tak po prawdzie – nie ma z czego wykrajac. i tu dochodzimy do drugiej przyczyny obnizania lotow przez najslynniejszych hiphopowych piewcow mariguany. prosto z mostu – srednia jest ta plyta. lepsza od „Till Death Do Us Part”, choc akurat to nie bylo trudne do osiagniecia. natomiast mam watpliwosci czy przebija „Stoned Raiders”, ktory sam zebral od niektorych krytykow i fanow ostre baty. do klasykow z lat 90tych nie ma sensu porownywac…

dalo sie uslyszec tu i owdzie, ze przyczyna nienajwyzszej jakosci „Rise Up” moze miec zwiazek z absencja DJ Muggsa. niekoniecznie. ostatecznie dostarczyl on dwa podklady, spokojnie pretendujacych do miana najgorszych na plycie. wiec moze i chlopaki wiedzieli co robili odsuwajac legendarnego bitmejkera od produkcyjnych sterow. te przejal nie kto inny jak B-Real (swoje trzy grosze dorzucili Pete Rock i Jim Jonson) i choc na pewno na tym polu nie ma takiej charyzmy jak autor serii Soul Assassins, to potencjal na pewno jest. vide „I Unlimited”, dynamiczny (choc nie taneczny), chyba bardziej spigulony nawet niz ujarany…

jedzmy dalej. cypressi sporo gosci nazapraszali, wiec pojedzmy z dalszym omawianiem zawartosci „Rise Up” wedlug tego klucza. jak zwykle nie zabraklo rockmanow. dwa tracki dostarczyl stary znajomy Tom Morello (jakby kto nie wiedzial – RATM, skrotu juz chyba rozwijac nie trzeba), z czego tytulowy wykrojono na singiel. i niby spoko, ultracharakterystyczna gitarka Tomka smiga jak trzeba, ale… no, to nie to. po „Trouble Seeker” tez od razu slychac, ze maczal w nim palce wioslowy reaktywowanych System Of A Down. no i wlasciwie tyle pozytywnego w tym temacie. jest tez i kawalek wyprodukowany przez Mike’a Shinode z Linkin Park…”Carry Me Away” trudno przyswoic nawet w kategoriach guilty pleasure. nie jestem hiphopowym purysta, ale w kontekscie autorow „How I Could Just Kill A Man” jednak lekki blamaz. wiekszy niz nieszczesne „What’s You Number”.

trudno sie oprzec wrazeniu, ze zamykajacy plyte, singlowy „Armada Latina” mial byc nastepca tamtego przeboju. tez buja lekko regalowo, jest do bolu pozytywnie… no, tylko ze Marc Anthony to nie The Clash i jego zaspiew moze i wpada w uchu, ale w wyjatkowo wkurwiajacy sposob. Pitbull w zwrotce jak zwykle kozaczy, ale nic wiekszego z tego nie wynika. zreszta zaden ficzuring w glowie nie zostaje – ani te Evidence’a i Alchemist’a z „Pass The Dutch” (na wspomnianym, slabym jak barszcz podklacie Muggsa), ani Everlasta z „Take My Pain” (ktorego zreszta ciezko rozpoznac w refrenie, cytujacym „Break On Through” The Doors’ow).

siodemka ze wzgledu na sentyment. dramatu nie ma, ale chyba jednak juz zwatpilem w to, ze kiedys nagraja cos na miare „Black Sunday”.

 

najlepszy moment: I UNLIMITED

ocena: 7/10

Leave a Reply