rageman.pl
Muzyka

Cyhi The Prynce – Royal Flush II

cover (9)rok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

Kończymy pogadanki o Pryncie mixtapem, który z bliżej mi nieznanych powodów umknął mi podczas dotychczasowej eksploracji twórczości tego koleżki.

Druga część „Royal Flush” powstała niedługo po poprzedniczce, kiedy jeszcze Prynce’a płynął na tej samej fali, która go poniosła po podpisaniu dealu z GOOD Music. Mixtape powstał przy współudziale sporej ilości przyjaciół z labelu, tak jeśli chodzi o podkłady (West, No ID), jak i warstwę wokalno-rapową (Big Sean, 2 Chainz, Pusha T). I tą firmową niemalże jakość GOOD Music tu słychać. Co najważniejsze jednak – „dwójka” pozbawiona jest tych okropnych refrenów, które były zmorą debiutanckiego mikstejpu.

A mimo to wyżej jednak będę stawiać tamto wydawnictwo. Tam były momenty ocierające się o wybitność, a tu jest co najwyżej mocno nieźle. Jak np w utworach opartych na samplach – „Cold As Ice” z cytatem z tak samo zatytułowanego tracka Foreigner (ten sam sampel wykorzystali ponad dekadę temu M.O.P.), „Bulletproof” oparty na analogicznie zatytułowanej piosence La Roux i z kozak zwrotką Yelawolfa, „Thousand Poundz” cytujący „Happy Meal II” The Cardigans (gościnnie Pill i Pusha T) czy „Sunday Morning” z jajcarsko potraktowanym refrenem „Easy” The Commodores. Osobliwym wyjątkiem jest tu „Stadium” z udziałem B.O.B. – southernrapowo brzmiące zwrotki przeplatane są refrenem, który brzmi jak wprost wyjęty z koncertu jakichś softrockerów na tytułowym stadionie. Refren jest totalnie guilty pleasure’owaty, zwrotki w sumie też niezgorsze, ale razem dają jakieś totalne kuriozomonstrum.

Nie zawiódł Kanye West jako producent, dostarczając przepysznie chillujący podkład w „Woopty Doo”. Z tej samej szufladki wywodzi się także „Made Me Who I Am”. Jeśli się przymknie oko na okropnie fajansiarski wokal w refrenie (hmmm, deja vu), to „End Of The Night” może podjarać potęznie brzmiącym beatem. Jeśli jeszcze wspomnimy o zabawnych przerywnikach (cytujących np… „My Heart Will Go On” Celiny Dion), to wychodzi nam całkiem pokaźna liczba spoko kawałków. Niestety to zaledwie połowa z 70minutowego materiału, który jako całość może sprawić problemy z odsłuchem za jednym podejściem.

All in all, sequel całkiem spoko. Dobrze wkomponowujący się w fakturę równi pochyłej, po której zjechał Prynce dwoma kolejnymi mikstejpami…

 

najlepszy moment: WOOPTY DOO (FEAT. BIG SEAN)

ocena: 7,5/10

Leave a Reply