rageman.pl
Film

Cronos

rok: 1992

reżyseria: Guillermo del Toro

Kiedy myślę o kinie Guillermo del Toro to pierwsze co przychodzi na myśl to wizualny przepych – przeważnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Podobnie jak taki np. Nolan, del Toro umie w duże budżety – choć wykorzystuje je do tego, by było Pięknie, co niekoniecznie jest celem jego amerykańskiego kolegi po fachu. Ale czy było tak zawsze? Przecież musiał najpierw zbudować swoją pozycję na rynku, by studia filmowe chciały dla niego ten hajs wykładać, czyż nie? Prawda to. Pomówmy więc zatem o „Cronosie”, reżyserskim debiucie Meksykanina.

Jak pokazała dotychczasowa filmografia del Toro, gatunkami z najlepszym gruntem dla jego estetycznych poszukiwań okazują się być horror i fantasy, dziwnym zatem nie jest, że pod te kategorie wpada także „Cronos” jako początek jego filmowej drogi. Można rzec więcej – że fabularnie jest to wręcz sztandarowy przykład filmu z tychże szufladek. Bo czy tego typu kino gatunkowe może mieć bardziej oczywistych bohaterów niż wampiry (no, może jeszcze wilkołaki i szeroko pojęte potwory)?

A jednak „Cronos” mocno wymyka się tak prostej klasyfikacji. Bo choć główny bohater w wyniku konfrontacji ze znalezionym artefaktem nabiera cech wybitnie „wampirzych”, to nijak można go zestawić z Draculą czy bohaterami „Wywiadu z wampirem”, już o „Zmierzchowej” franczyzie nie wspominając. Bo też te właściwości jak pożądanie krwi czy unikanie światła w gruncie rzeczy nie mają większego znaczenia dla całości historii. Ma natomiast inny atrybut – nieśmiertelność. Będąca jednocześnie celem, ale też i brzemieniem. W tym kontekście nie dziwi, że film del Toro jest często klasyfikowany jako dramat – bo samej akcji jest tu stosunkowo niewiele (zwłaszcza jeśli porównać ze wspomnianymi chwilę wcześniej filmami), jest zaś mnóstwo emocji – i to raczej z tych mniej pozytywnych.

Poza jedną – miłością. A konkretnie: miłość dziadka do wnuczki, i odwrotnie. Zaraz, co? Mówiłem przecież, że jest to film nietypowy. Bo choć także w „Wywiadach” mieliśmy dziecięcą bohaterkę, to Aurora w „Cronosie” odgrywa zupełnie inną rolę – nie tylko towarzyszy dziadkowi praktycznie na każdym kroku, ale też stanowi główną motywację jego działań i powód, dla którego nie przechodzi całkowicie na „drugą” stronę. I choć co do zasady każda filmowa relacja dziadek/babcia-wnuk/wnuczka stanowi daje +100pkt do wzruszu, to jest coś wyjątkowo pięknego w tej relacji uchwyconej w „Cronosie”.

I przyznam szczerze, że ten wątek o wiele bardziej wciąga niż ten z antagonistami. Uwielbiam Rona Perlmana który robi tu co może, można też docenić fakt, że gdyby nie współpraca przy „Cronosie” to być może nie byłoby pierwszych ekranizacji „Hellboy’a”. Ale mam wrażenie, że brak kreowanej przez niego postaci byłby zupełnie nieodczuwalny. Przedziwnie też się ogląda film, w którym wszyscy mówią po hiszpańsku poza jedną postacią mówiącą po angielsku (rzecz jasna Perlman) – i dla wszystkich ta dwujęzyczność jest zupełnie normalna! A przecież mówimy o dwóch odrębnych językach, a nie regionalizmach jakichś. Mam natomiast inny, znacznie większy problem z „Cronosem”, przez który nie umiem mu dać wyższej oceny i który wynika przede wszystkim z dzisiejszej perspektywy – jak na to, co del Toro pokazał w późniejszych latach (choćby w „Labiryncie fauna”), jego debiut prezentuje się nadzwyczajnie skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Widać wyraźnie, że wyobraźnia bardzo by chciała pokazać więcej, ale budżet zwyczajnie na to nie pozwala. Co nie znaczy, że życzę filmowi remake’u – bo zbyt szanuję to, co udało się w tym filmie osiągnąć, zwłaszcza jeśli chodzi o kreacje aktorskie.

Więcej niż przyzwoity film, który dziś jednak jawi się głównie jako przepustka del Toro do świata Wielkiego Kina.

najlepszy moment: pierwsza połowa filmu ewidentnie lepsza od drugiej

ocena: 8,25/10

Leave a Reply