rageman.pl
Muzyka

Clap Your Hands Say Yeah – Clap Your Hands Say Yeah

rok wydania: 2005

wydawca: Wichita

 

pisalem o tym juz nieraz (troche tych notek tutaj mamy, moga sie pewne tematy powtarzac…), ale powtorzmy: nie ma ostatnimi czasy w muzyce popularnej bardziej wyswiechtanego i jednoczesnie zdewaluowanego terminu niz indie. wszystko jest teraz indie: Velvet Underground, Kumka Olik, The Smiths, The Killers. wazne by mialo grzywki, gitary i nie mialo nic wspolnego w hardrockiem badz metalem. abstrahujac od tego, ze to co dzis jest kojarzone z indie coraz czesciej jest nudna, pusta wydmuszka, to przykre jest to co zrobiono z tym terminem. niby sytuacja podobna do tego, co 20 lat temu (dzisys, jak ten czas leci…) zrobiono z grunge-ruchem, ale jednak nie do konca. nie jestem prawilniakiem, ale termin grunge nie ma, nazwijmy to, obciazenia ideologicznego. indie, podobnie jak punk czy hiphop, takowe ma. ta nazwa funkcjonuje od wielu lat i nie mozna pozwolic, by byle leszcze wycierali sobie nia geby w celach komercyjnych. dlatego wyjasnijmy sobie pare rzeczy. znawcy oczywiscie obsmieja ponizsze akapity i byc moze nie bez powodu – za znawce tematu sie nie uwazam, wiec raczej oczywistosciami polecimy. ktore i tak nie kazdemu sa znane.

primo – media glownie kojarzone z tematem „indie” to New Musical Express, Melody Maker, Q. czasopisma (pominelismy internet, choc moglobysmy za to dolozyc radio, np. BBC) brytyjskie. zadnych nacjonalistycznych wtretow tu nie chce robic, ale chyba kazdy zauwazyl, ze to magazyny uwielbiajace wyszukiwanie „nex big thing’ow” na wlasnym terytorium. nie aby byly totalnie zamkniete na zagranice – amerykance sa na tyle zapatrzeni w arenbi, postgrunge i pozostalosci po numetalu, ze wszelkie wartosciowe bandy musza dla nich wlasnie brytyjskie media odkrywac. ale jednak z zalozenia niejako uk kapele>amerykanskie kapele. blad. bo owszem, brytole swe zaslugi maja, ale jednak wiekszosc bandow, ktore MUSZA sie kojarzyc jako pierwsze z terminem indie – Sonic Youth, Husker Du, Pixies, Pavement – to jednak plony amerykanskiej ziemi. nie przypadkiem raczej, ani ze wzgledu na narodowosc autora, czolowa pozycja ksiazkowa w tym temacie – „Our Band Could Be Your Life” – traktuje wylacznie o kapelach usa’nskich. dlatego z cala sympatia, ale jednak w tej kwestii 1:0 dla amerykancow.

secundo – byc moze nie kazdy rozumie skad termin sie wzial. indie = independent. niezalezny, znaczy sie. nie jestem wyznawca teorii spiskowych, nie walcze z systemem, ale ciezko mi kwalifikowac kapele jako indie z plytami wydawanymi u majorsa. nie chodzi o to, aby wyznawala cale zycie zasady DIY i rozprowadzala na lbumy na cd-r’ach. no ale… zawsze smieszyla mnie gadka kapel swiezo co pospisanych z Warnerem czy innym Universalem, ze daja one znacznie wiecej wolnosci niz niejedna niezalezna wytwornia, milsza atmosfera blablabla. kolejna bzdura. wprawdzie nie obcuje z kontraktami zespolow z wytworniami na codzien, ale to jest wrecz nielogiczne. ekonomia, kurcze no: firma inwestuje w ciebie niemala kase jako pracownika (bo tak chyba mozna tez potraktowac relacje wytwornia-zespol), wiec absolutnie ma prawo wymagac od Ciebie by poniesione koszta sie zwrocily. moze nie bedzie ci zagladac przez ramie jakie tam sobie piosenki na gitarze nagrywasz, ale moze ci pogrozic, ze jak nie bedziesz efektywny (tj nie zarobia na tobie) to nastepnej plyty juz u nich nie wydasz, a i ta aktualnie rejestrowana moga wyrzucic do kosza. atmosfera w pracy? kumpelska aatmosfere to moze robic pani wieslawa z warzywniaka, ktora majac pod soba tylko asystentke na ladzie moze poplotkowac z nia kiedy akurat klientow brak.

przydlugawy wstep, wiem. ale ten blog tez takim ogolnikowym rozkminom ma mi sluzyc. no ale teraz meritum. Clap Your Hand powyzsze „warunki” spelnia, i to z nawiazka. bo trudno, by ktos nazywajac w tak kuriozalny sposob swoj band myslal powaznie o karierze w mediach. poza tym sa z USA (Nowy Jork, wiec jeszcze lepiej), a omawiany dzis debiut wydali w USA sami (w UK poprzez niezalezny label Wichita). czy to jednak czyni ich lepszymi od Franz Ferdinanda czy Kings Of Leon? no wlasnie niekoniecznie, niestety.

to wyswiechtany frazes, ale taka prawda: sa w Muzyce pewni wokalisci, ktorych albo sie kocha albo nienawidzi. stojacy na czele CYHSY Alec Ounsworth zdecydowanie nalezy do drugiej grupy. powiem nawet wiecej: dla mnie to jest ABSOLUTNIE NAJSTRASZNIEJSZY WOKAL JAKI SLYSZALEM OD LAT. by sobie zwizualizowac: Thom Yorke jest geniuszem, wiadomo. takze w sferze wokalistyki, jednak zdarzaja mu sie fragmenty, gdzie najzwyczajniej w swiecie jeczy i maniera swa meczy. i teraz wezcie te fragmenty, wypierzcie je z jakichkolwiek namiastek geniuszu i emocji, pomnozcie przez beczenie poznego Dylana i spotegujcie kilkasetkrotnie. wyjdzie wam to co wyprawia frontman nowojorczykow. i jak tu sie dziwic, ze ludzie sie smieja z „indie” jako grania dla pizdus-plastusiow, tworzonego przez ludzi nie umiejacych grac i spiewac. mi nawet glupio sluchac na glos tych piosenek, bo juz pare razy wyczulam na sobie zdumione spojrzenia w najlepszym wypadku, a przewaznie – pelne wspolczucia. zniewiesciale wokale – tak. fajansiarskie, pidowate – NIE. innymi slowy – koles jest encyklopedycznym przykladem dramatu, kiedy tworca piosenek (wylaczonego autorstwa Aleca jest tu 8 na 10 utworow) czuje sie zobowiazany takze do ich wyspiewania.

pewnie, historia zna mnostwo przypadkow songwriterow z, hm, ograniczonymi mozliwosciami wokalnymi. tyle ze po pierwsze – artysci ci przewaznie sa swiadomi swych brakow i jakos z nimi walcza. przewaznie udanie, skoro teraz o nich piszemy. pan Alec natomiast postanowil ze swego kuriozalnego wokalu uczynic najwieksza cnote i nie berze jencow („Is This Love?” chociazby – jeeeeeeezuuuuuusmaaaariiaaaaa!!!). po drugie – na plaszczyznie kompozycji (o ile uda nam sie wyrobic nerwowo i sie w nie wsluchac uwazniej) tez jakiejs wielkiej rewelacji nie ma. ot, solidnie. z momentami baaaardzo niezlymi („The Skin Of My Yellow Country Teeth”, „Over And Over Again”, „Heavy Metal”). ale trzeba sporo samozaparcia, by uznac je za przeboje, chocby z przedrostkiem alt-.

nie umiem jednak rozdzielic tej muzyki od wokalu, wybaczcie. po kazdej probie jestem na skraju zalamania nerwowego.

 

najlepszy moment: THE SKIN ON MY YELLOW COUNTRY TEETH

ocena: 7/10

Leave a Reply