rageman.pl
Muzyka

Chemia – Dobra Chemia

rok wydania: 2010

wydawca: Dobra Chemia Management

 

Dziś diametralnie inny klimat.

Polski hard rock. No, nie brzmi to zbyt zachęcająco. Zresztą powodów do mało optymistycznego nastawienia jeszcze parę by się znalazło. W skład Chemii (heh, jak to brzmi) wchodzą muzycy terminujący w tak rockandrollowych ekipach jak zespół Maryli Rodowicz czy program „Jaka To Melodia”. Jak widzicie, szatan na totalu. Ponadto zastanawia mnie, co kierowało muzykami, by rok po publikacji „Dobrej Chemii” wydać niemal dokładnie ten sam album jako „O2”, tyle że z nowym wokalistą. Jak to mówi się brutalnie acz dosadnie: po chuj? A, no i w sumie tytuł albumu też można rozpatrywać w kategorii niezłego suchara. No bo że Chemia – nazwa kapeli, ale też chemia jako chemia. Dobra chemia, dobra kapela, kumacie co nie? Niezły czad.

I troszkę mi ręcę opadły po odsłuchaniu pierwszych numerów. Panowie dokładają do piecia dokładnie tak, jak nie lubię. Na hardrockowo, z rozwianym włosem, z Whitesnake, TSA (zresztą Marek Piekarczyk udziela tu się gościnnie w jednym z numerów) i Deep Purple w inspiracjach, okraszając to koszmarnymi wręcz tekstami.

Ale pomyślałem sobie „no dobra, to rozpatrujmy materiał w kategoriach guilty pleasure; może nawet coś obiektywnie dobrego się przytrafi na zasadzie ślepej kurze ziarno”. No i muszę szczerze przyznać – nawet trochę takich elementów się zebrało. Zacznijmy od zdecydowanie najlepszego tu „Demona”. Klimatyczne spogłosowanie wokalu w intrze, fajne wejście perkusji z „poszatkowanymi” klawiszami pod koniec trzeciej minuty – tak, można uczciwie przyznać, że pałęta się po tym aranżacji tego tracka lekka mistyka po linii Toola jakiegoś. Więcej takich numerów i rozważyłbym fanowanie, hehe.

Ale, ale… Numery typu „Tacy Inni”, „Tam gdzie jesteś” czy „Mantra” pokazują, że panowie odrobili lekcje z konstruowania rockowych ballad. I choć wzruszać się przy tym nie jestem w stanie, to, cholera, skłamałbym mówiąc, że zupełnie mnie te utwory nie ruszają. Tym bardziej, że całkiem nieźle kombinują z aranżacjami. A to slide wprowadzający sielankowy klimat, a to jakieś barokowe soundy, a to sekcja smyczkowa dowodzona przez samego Jelonka… W ogóle to muszę przyznać, że pod względem brzmienia czy aranżacji naprawde wypada wystawić temu materiałowi wysoką ocenę. No ale, jak już wspomniane to zostało, nie mówimy tu o debiutantach.

I chyba z grzeczności wypadałoby tu zamknąć temat. Bo co po mam się znęcać nad wokalistą, który zupełnie nie pasuje do takiego cięższego grania (co nie znaczy że nie potrafi śpiewać, wręcz przeciwnie!), skoro i tak już nie ma go w kapeli. Po co mam czynić jakieś podśmiechujki z tracków typu „Nie zawrócę” czy „Damy Radę”, skoro to najwyraźniej nie jest moja bajka? I tak mój odbiór tej płyty jest lepszy, niż się spodziewałem. Życzę zatem powodzenia, bo scena muzyczna, nawet ta polska, jest dość pojemna. A zmuszanie ludzi do słuchania Ścianki, Blindead czy Siekiery, jak się przekonałem, nie ma zanadto sensu.

 

najlepszy moment: DEMON

ocena: 6,5/10

Leave a Reply