Carole King – Colour Of Your Dreams
wydawca: Rhytm Safari
kolejny dowod na to, ze czlowiek na kacu moze sluchac najdziwniejszych rzeczy…
przypuszczam ze tej Pani mozecie nie kojarzyc. i nie musicie sie czuc z tym zle. nagrala wprawdzie ona jeden oslawiony album o nazwie „Tapestry” (skad pochodzi zreszta utwor „I Feel the earth move”, ktory w najntisowej przerobce Martiki juz mozecie kojarzyc), ale to bylo w latach 70tych. potem wciaz nagrywala, ale bez wiekszego medialnego rozglosu. i w sumie „COYD” udowadnia czemu ta Pani przepadla.
jest po prostu slabo i banalnie. niby poczatek lat 90tych, ale brzmi to mega archaicznie. no i te numery sa blahe. chociaz kiedy poznawalem ten album, a bylo to dosyc daaaaawno temu, to lubilem sobie ow plytke zapuscic. no coz, poza tym kiedys sluchalem tez soundtracku do Krola Lwa i Roxette. a to wlasnie takie klimaty. niby kazdy sie jaral Roxette, ale dzis tylko ze wzgledu na sentyment da sie tego sluchac.
chociaz… kiedys nie zwracalem specjalnie na to uwagi, ale teraz patrze na creditsy albumu i co sie okazuje? goscinnie w jednym numerze Slash (Velvet Revolver…. wroc – Guns N’ Roses!) na gitarze, a w trzech trackach na bebnach Danny Carey z Toola! uau! i nawet slychac to, ze ktos niebanalny bebni. zwlaszcza w najprzyjemniejszym tutaj, bez wzgledu na sentyment, utworze o jakze szyderczym tytule „Do You Feel Love” (uwielbiam takie in-your-face tytuly, a tu pare takich rodzynow jeszcze mamy: „Lay down my life”, „Hold Out For Love”, „Tears falling down on me”).
ale generalnie to raczej nie ma tematu. wiec milej soboty zycze.
najlepszy moment: DO YOU FEEL LOVE
ocena: 5,5/10

rok wydania: 1993