rageman.pl
Muzyka

Caliban – The Opposite From Within

rok wydania: 2004

wydawca: Roadrunner

 

z paru wzgledow, m.in. wczorajszego komentarza wokalisty schizmy, postanowilem dzis na tapete wziac sprzedawczykow z Calibana i ich najlepiej sprzedajna plyte.

no dobra, zarty na bok. generalnie juz teraz to co sie dzieje w gatunku zwanym metalcore najzwyczajniej przeraza. totalny przesyt, coraz wiecej xero kapel, coraz bardziej kuriozalne efekty wpasowywania sie w gatunek. przypuszczam ze juz naprawde niedlugo swiat bedzie mial z tego gatunku taka sama polewke jak z nu metalu. zreszta podobienstw mozna doszukac sie wiecej. to co na poczatku mialo byc laczeniem hardcore’a z metalem, teraz kojarzy sie z metalowymi piardo-wyziewami z piekla przeplatane zniewiescialymi zaspiewami w refrenach. i co gorsza, probuje sie to jeszcze sprzedawac pod plaszczykiem niezaleznosci, bezkompromisowosci i, o zgrozo, ideologicznego zaangazowania. a w nu metalu przeciez od poczatku chodzilo, by przy mieszaniu metalu z groovem trzepac ostry hajs, co nie.

jak jednak w kazdym gatunku, sa zespoly lepsze i gorsze, plyty fajniejsze i chujowsze. niemiecki caliban i TOFW sa po jasniejszej strony mocy.

choc prekursorami tak na dobra sprawe nie sa. przynajmniej jesli patrzac z masowego punktu widzenia. to killswitch engage prowadzil takie granie na swiatowe salony. caliban tylko otworzyl im drzwi w europejskiej czesci swiata.

niby nic tutaj odkrywczego nie ma (przynajmniej z perspektywy roku 2008). hardcore’owe tempa, „szwedzka” praca gitar (producencki szlif wokalisty in flames dopelnia obrazu), blackowy niemal krzyk pana wokalisty i melodyjne spiewy w refrenach. choc akurat nie w kazdym numerze mamy czyste wokale. i dobrze. latwiej idzie docenic te linie melodyczne, ktore sa. a brzmia szczerze. nie powstalych z wyrachowania i cisnienia na radio. zreszta, nawet jesli nie jest to prawda, bo w koncu nie siedze kolesiom w ich mozgach, to co z tego. te melodie sa po prostu chwytliwe, a chyba o to wlasnie chodzi w melodiach, czy nie? przy okazji maja sens w jesli chodzi o strukture kompozycji. czasem sluchajac wynalazkow z gatunku MC mam wrazenie, ze w zwrotkach slysze napierdalanie dla szatana i scenowych maniakow, a potem w refrenie sobie kolesie przypominaja, ze wytwornia chciala przeboj, wiec zapodaja melodie rodem z backstreet boys czy kelly family, ktorych katowali jeszcze w podstawowce. z Calibanem takiego problemu nie ma. a ze to wszystko jeszcze okraszone totalnie emo tekstami? kurcze, no a kto dzis nie jest emo, okej?

kto wie, moze to wlasnie dlatego, ze nie graja oni od wczoraj? moze dzieki temu, ze wczesniej byli bohaterami sceny hardcore grajacy po squotach, tak dobrze wypadli w tym melodyjniejszym graniu? wielu im do dzis nie moze wybaczyc porzucenia idealow, flirtu z popem i przymilania sie do roadrunnera. i chyba rzeczywiscie koniec koncow moga sie obudzic z raczkami w nocniku – nowym plytom coraz blizej do epigonow, a roadrunner wyniucha niedlugo nowy trend i oleje calibanow. ale jesli porzucic caly ten pesymistyczny kontekst, to naprawde The Opposite to plyta wyborna. jesli bylby to jednorazowy experyment, proba zmierzenia sie z melodia, to nie moznaby oceniac tego albumu inaczej niz w superlatowach. ba, dla mnie nawet oslawionym kilswitchom nie udalo sie do dzis nagrac tak zabojczej plyty jak TOFW.

 

najlepszy moment: GOODBYE

ocena: 7/10

Leave a Reply