Bush
kto: Bush
Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się zaliczyć 5 koncertów w 6 dni, i to jeszcze w różnych miastach. Być może nigdy? I choć tak się złożyło, że mowa o wyprzedanych koncertach i/lub na dość dużych obiektach, to ja najbardziej czekałem na ostatni z koncertowych wieczorów i najbardziej kameralny. Okazało się finalnie, że może sold outu nie było, ale też nie był to wieczór wyłącznie dla koneserów.
Bo powiedzmy sobie szczerze – średnio się czas obszedł z tzw. post-grungem i jego reprezentantami. Paradoksalnie starsze zespoły, na których ta młodsza fala się wzorowała – jak Pearl Jam i Alice In Chains, a jeszcze do niedawna Soundgarden przed rozpadem – wciąż wyprzedają stadiony lub większe kluby, wciąż są obecne w pamięci fanów, a i nowe pokolenia odkrywają dla siebie tę muzykę. A po zespołach pokroju Silverchair, Days Of The New czy Stone Temple Pilots ani widu ani słychu. Bush, będący brytyjskim rodzynkiem w tym postgrungowym cieście, wciąż się broni i aktualnie mają dłuższy staż po reaktywacji niż w latach świetności, ale no właśnie – lata największego prosperity, kiedy trafiali na listy sprzedaży zdecydowanie za nimi. Trudno obwiniać za to wyłącznie aktualny klimat – album „Man on the Run” był owszem całkiem sympatyczny (inna sprawa, że na moją opinię rzutuje sentyment, bo był to jeden z pierwszych albumów przy którym pracowałem z ramienia Sony Music – dla Bush był to zaś jedyny krążek pod tą egidą), ale startu do dzieł z lat 90-tych nie miał. Pozostałe dokonania Bush z ostatnich lat trafiały do mnie zdawkowo i skłamałbym mówiąc, że zachęcały mnie do zgłębienia tematu.
Okazało się, że gwiazda wieczoru (na marginesie – mam ostatnio wyjątkowego pecha do supportów i także tym razem nie wyrobiłem się czasowo, chociaż akurat w przypadku Cochise jakoś niespecjalnie żałuję) ma jeszcze surowszy stosunek do swoich dokonań. Finalnie na 14 utworów aż 11 pochodziło wyłącznie z dwóch albumów – ostatniego „The Kingdom” i debiutanckiego „Sixteen Stone”. Z jednej strony tak liczna reprezentacja krążka z ’94 roku mnie cieszy, bo to zdecydowanie mój ulubiony album w ich dyskografii. Na dodatek na żywo najnowsze utwory całkiem spoko się sprawdziły, w szczególności otwierający set utwór tytułowy. Mimo to dziwi że tak olali po całości prawie połowę swojej dyskografii, w tym wspomniany „Man on the Run” (który miał całkiem zajebisty singiel „The Only Way Out”). Rozumiem że mogą źle wspominać „Golden State” który był ich łabędzim śpiewem, no ale byłem przekonany że taki killer jak „The People That We Love” musi być obowiązkowym punktem programu. Być może gdybym zajrzał wcześniej na setlist.fm to bym oszczędził sobie rozczarowań, ale człowiek chciałby jeszcze na koncertach przeżyć element zaskoczenia jak w przedinternetowych czasach.
No ale niech minusy nie przysłonią plusów. Bo dostaliśmy to co najważniejsze z klasycznego repertuaru – m.in. „Machinehead”, „Everything Zen”, mój najulubieńszy od dekad „Little Things”, czy też jedyne wyjątki z dwóch następnych albumów: „Swallowed” i „The Chemical Between Us”. Skoro mowa o tym ostatnim, to liczyłem też na wzruszenia przy „Letting The Cables Sleep”. W zamian dostaliśmy na bis chyba jednak o wiele bardziej ściskającą za gardło wiązankę „Glycerine” i „Comedown”. Co warte odnotowania, bardzo ładnie odśpiewane przez publikę.
Nie był to taki spektakl jak koncert Tylera The Creatora, prawdopodobnie poza fanami nikt nie odnotował tego koncertu. Trudno też uznać Gavina Rossdale’a za jakiegoś mistrza ceremonii (inna sprawa, że dopiero kiedy gada słychać totalną brytolskość jego akcentu, dość trudną do zrozumienia). Można by też ponarzekać na jakość nagłośnienia. Także obiektywnie mógł to być koncert na typowe 7/10. Ale nikt mi tu na szczęście nie każe być obiektywnym, zatem:
najlepszy moment: GLYCERINE
ocena: 8,25/10
