Burning London: The Clash Tribute
rok wydania: 1999
wydawca: Epic
Niejednokrotnie wypowiadałem się tutaj na temat coverów. Ale zawsze można przypomnieć, więc tak: jeśli traktujesz oryginał niekonwencjonalnie, wyciągasz nowe wartości z klasyka to zajebiście. Jeśli zaś odgrywasz nuta w nutę to zgiń i przepadnij. Inna sprawa też, do czego te covery są przeznaczone. Swego czasu każda numetalowa kapela próbowała się przebić coverem hitu z lat 80tych. Orgy i „Blue Monday”, Alien Ant Farm i „Smooth Criminal”, można by wiele wymieniać. Tak się nie robi. Równie nudne jest, gdy kapela odgrywając nuta w nutę jakiś stary numer próbuje urozmaicić swój set koncertowy. Naoglądałem się takich sytuacji sporo, zwłaszcza wśród kapel amatorskich. Ale są też sytuacje, ze takie covery trafiają np. na strony b singli czy ogólnie są rarytasowa sprawa. Wtedy luz. A najlepiej jak takie covery trafiają na składanki typu tribute. Lubię trybuty, bo daje to nowe spojrzenie na zespół, któremu płytę się poświęca. Tak jest i z dzisiejszą omawiana płytą.
Coverowanie punkowych zespołów to już w ogóle temat na inna książkę. Punk punkowi nierówny zresztą, więc różnie to wychodzi. Np. jakiś czas temu ukazały się takie płytki poświęcone dwom polskim klasykom. Kryzysowi i Dezerterowi. W przypadku tego pierwszego wyszło to zajebiście a to dlatego, ze materiał źródłowy był na tyle plastyczny, ze dało się zaprezentować go w naprawdę różnych wariantach. Dezerter to inna bajka – zwarte do bólu kompozycje, ciężar przygniatający do tego stopnia, ze mało kto odważył się potraktować te numery inaczej. Przypadek The Clash mieści się gdzieś pomiędzy. Klasyczne do bólu kompozycje. Strummer dodatkowo był genialnym aranżerem i mało kto wyobrażał sobie, ze można inaczej te numery potraktować. Wykonawcy z tego trybutu mieli jaja by to zrobić i dlatego tak lubię tę płytkę.
Zaczyna się ciekawie – No Doubt i „Hateful”, a gościnnie na wokalu sam Billy Idol. Sympatycznie, No Doubt w swoim stylu (bliżej „Tragic Kingdom” niż „Rock Steady” jednak). Zaraz po nich prawdziwa bomba – The Urge i „This Is Radio Clash”. Pokrótce brzmi to jak oryginał na sterydach. Niby nic nowego, a jednak całość nabrała o wiele agresywniejszego wymiaru. Zajebiste. Te dwa pierwsze numery to jednak przykład na bardziej zachowawcze podejście do coverowania. Może to wynika z tego, ze trudno oczekiwać, by zespół punk/ska coverując punkowy band zagrał w stylu disco polo. I spoko. Do reprezentantów takiego podejścia tutaj należą 311, Rancid, The Mighty Mighty Bosstones, Unwritten Law. Jest jeszcze postgrunge’owy Silverchair, który w swojej wersji „London’s Burning” stara się być bardziej punkowy niż sam punk.
No, ale jest jeszcze druga strona medalu. Czyli totalnie radykalne podejścia. Ice Cube i Mack 10 biorą z „Should I Stay Or Should I Go” gitary (odegrane zresztą gościnnie przez wiosłowych Korna) i robią kolejnego gangsterskiego hiphopowego hita. Puryści się oburzają, ale dla mnie przynajmniej nie profanują tego tak jak Cypress Hill z „Guns Of Brixton” czy Will Smith z „Rock The Casbah” (pamiętacie takie koszmarki jak „What’s Your Name” czy „Will 2K”?). Nie wiem też, czy każdy się ucieszy słysząc „Clampdown” czy „White Riot” w wersji country (odpowiednio: Indigo Girls i Cracker). Mi samemu do country daleko, ale kufa, należy się szacun! Słucha się tego wybornie, bo słychać to co najważniejsze – szacunek do oryginału. A co powiecie na, ekhm, rozmarzoną wersje „Lost In The Supermarket” popełnioną przez Afghan Whigs. A może ambiencikowy „Straight To Hell” w wykonaniu Moby’ego i Heather Nova? A dancehallowa wersja „Rock The Casbah” autorstwa Rankin Rogera i Pato Bantona?
Tak właśnie powinny wyglądać tribute albumy. Extraklasa muzycznego światka zebrana po to, by z potrzeby serca, którą słychać w każdej sekundzie, oddać hołd jednemu z najważniejszych zespołów w historii muzyki. Porozumienie ponad podziałami. Na jednym albumie rock, reggae, country, hiphop, pop. A dodatkowo dochód ze sprzedaży idzie na cele dobroczynne.
najlepszy moment: THE URGE – THIS IS RADIO CLASH
ocena: 8/10