rageman.pl
Film

Batman: Początek

rok: 2005

reżyseria: Christopher Nolan

 

Byłem w kinie na filmie, co tytuł ma „Batman Begins”. Czyli po prostu piąta część przygód Człowieka-Nietoperza. Choć jak się okazuje, nie do końca…

Ale może gwoli przypomnienia. Na początku lat 90. jeden z debeściackich reżyserów, Tim Burton, postanowił przenieść na ekran komiks. Można by nawet powiedzieć, że był to dosyć pionierski wyczyn, gdyż moda na ekranizacje komiksów nastąpiła wiele lat później. Magia tego filmu polegała na tym, że wcale nie musieliśmy być fanami komiksu, by móc się nim zachwycić. Nie sposób było nie zachwycić się formą całości — całą tą mroczną otoczką, barokowością. No i genialną kreacją Jacka Nicholsona jako Jokera. Fani komiksu twierdzą, że wszystko fajnie, jest forma, ale treści zabrakło, a przede wszystkim Batmana. Dla mnie „jedynka” na brak treści nie cierpiała, a że Batman był troszkę na drugim planie? Cóż, złe postaci zawsze są ciekawsze i wydaje mi się, że Burton niczym tu nie zawinił. Zwłaszcza że Michael Keaton jako Batman dawał radę.

Potem był „Powrót Batmana” — tu już Burton poleciał po całości. Całość, przez niesamowitą dawkę muzyki, była dziwaczną mieszaniną horroru z baletem, filmu muzycznego z thrillerem. Mi się dalej podobało, ale najwyraźniej nie szefom wytwórni Warner Bros. Bo Burtona zastąpił Joel Schumacher. Powstał „Batman Forever”. Mrok miasta Gotham spowiły dyskotekowe światła. Było to gorsze od burtonowych wizji, ale jeszcze przez to nowe podejście ciekawe. Za to „Batman i Robin”, powstały 6 lat temu, to porażka na całej linii i za ten film Schumacher powinien zostać spalony na stosie. Dyskoteka, nędzna groteska, produkt przeznaczony dla najmłodszych. Nawet czarne charaktery nie dawały rady. I tak oto Schumacher zabił Batmana.

Jak się jednak okazało, na szczęście nie na zawsze. Batman wrócił do gry! A konkretniej — tym razem za kamerą stanął Christopher Nolan, który mnie kupił genialnym „Memento”. Problem w tym, że historia zna przypadki, gdy błyskotliwi debiutanci przepadają na polu filmów wysokobudżetowych. Na szczęście z Nolanem tak nie jest.

Może fabuła? Generalnie, jak sam tytuł wskazuje, mamy (teoretycznie, ale o tym później) do czynienia z prequelem. Czyli jak Bruce Wayne stał się Batmanem. Rodzice giną, czuje się odpowiedzialny, poprzysięga zemstę, trafia do siedliska potężnej organizacji dowodzonej przez Ra’s al Ghula, gdzie pod okiem Henriego Ducarda zostaje wyszkolony na pierwszorzędnego wojownika. Koniec końców trafia do rodzinnego Gotham, gdzie rozpoczyna walkę ze Złem. Na pierwszy ogień idą Carmine Falcone, czyli człowiek rządzący światem przestępczym Gotham, a co za tym idzie — mający w ręku całe miasto, oraz doktor Jonathan Crane vel Scarecrow, psychol eksperymentujący na ludziach poprzez wywoływanie u nich panicznego strachu.

Już po plakacie, gdzie są nazwiska aktorów grających główne role, można wywnioskować jaki wątek jest w tym filmie najważniejszy. Narodziny Batmana — czyli w sumie pierwsza połowa filmu. Przede wszystkim treningi u boku Ducarda. I tylko obecność Ra’s al Ghula przypomina nam o tym, że mamy do czynienia z komiksem. Niby jest fajnie, acz momentami za dużo gadania. A potem jest powrót do Gotham i tu już robi się naprawdę ultra fajnie, aczkolwiek dla odmiany pojawiają się totalnie z dupy dialogi, zwłaszcza te dotyczące wątku miłosnego (?). A jest ciekawiej dlatego, że pojawiają się ci, którzy po prostu stanowią sens każdego komiksu jak dla mnie, czy to „Spider-Man”, czy Batman — złoczyńcy.

Bo chociażby nie wiadomo ile reżyser poświęcił taśmy filmowej dla pokazania Batmana, to naprawdę gorąco robi się, gdy pojawia się na ekranie Cillian Murphy jako Scarecrow/Crane. Kreacja, która może stawać w szranki z Nicholsonem. Duża tu zasługa samej twarzy Murphy’ego — arcyciekawa, jest w niej coś niepokojącego. Idealny atrybut, jeśli chce się grać psycholi. Aaaa, i warto zauważyć, jak kapitalnie jest uzasadniona ta dwoistość natury Crane’a. Nie ma motywu „a teraz staję się psycholem i przywdziewam komiksowy strój”. Brawo dla scenarzysty.

Tom Wilkinson jako Falcone również dobry, acz jest to dosyć specyficzna postać, jako że reprezentuje on „klasyczne zło” — czyli nie żadnych dziwaków-psycholi, tylko oldskulową bandyterkę.

A poza tym co, plejada gwiazd, panie. Michael Caine jako służący Wayne’a Alfred — klasa i przepyszna brytyjskość. Morgan Freeman jako Lucius Fox, odpowiedzialny za gadżety Batmana — Freeman nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Tak samo Rutger Hauer jako Earle, cwaniaczek z firmy Wayne’a. Ken Watanabe jako Ra’s al Ghul — po prostu jest. Za dużo go nie widać, a jeśli go widać, to jakichś specjalnych emocji nie wywołuje. W roli Jima Gordona, reprezentanta policji, który jako jeden z nielicznych trzyma stronę Batmana, wokalista The Eagles of Death Metal… ups, pardon, to był jednak Gary Oldman. Ale uroda ta sama. Oldman chyba po raz pierwszy grający postać ewidentnie dobrą — i znowu jest genialny!

I tylko problem jest z dwoma postaciami. Pół biedy Katie Holmes jako ukochana Wayne’a — wcale nie jest taka ładna, a sprowadza film do poziomu produktu hollywoodzkiego, gdzie miłość jest nieodzownym elementem. Inna sprawa, że między nią a Wayne’em nie ma w ogóle chemii. Gdzie jej do Kim Basinger, która w pierwszym Batmanie emanowała takim sexapilem i magnetyzmem, że aż ekran roztapiało.

No i Christian Bale jako tytułowy bohater. Jako Bruce Wayne — nie ma się czego czepiać, choć dla mnie Keaton postawił wysoko poprzeczkę. Ale Bale w kostiumie Batmana… no coś nie pasi. Gdy w kostiumie Batmana zaczyna z kimś rozmawiać — robi się już naprawdę kiepawo. Głos nie ten?

Dobra, bo jest w chuj późno, a chce mi się spać — film dobry. Bardzo dobry. Bawiąc się w oceny — na 10 ma mocną siódemkę. Może nawet z plusem. Szacunek, że powstało coś ambitniejszego, nawet nie porównując do innych ekranizacji komiksów. Niestety nie obyło się bez dialogów i motywów z dupy, które przypominają nam o tym, że wciąż mamy do czynienia z produkcją z Hollywood. I które nie pozwalają postawić „Beginsa” obok ekranizacji Burtona. Z drugiej strony — czy w XXI wieku mogłyby powstać takie ekranizacje jak te made by Burton?

A najważniejsze jest chyba to, że film nastraja ultrapozytywnie co do dalszych części.

I tu niestety smutna uwaga. Jest pewna scena w „Batman Begins”, która kłóci się trochę z treścią pierwszego „Batmana”. Jak się okazuje z lektury materiałów o filmie — film Nolana stanowi totalne odcięcie od poprzednich Batmanów. Innymi słowy — traktujemy tamte części jako ciekawostkę, a obraz Nolana rozpoczyna „właściwy” cykl. Uważam ten pomysł za cokolwiek poroniony. Bo szkoda zaprzepaścić to wszystko, co wcześniej zostało powiedziane w tym temacie, nawet w tym nieszczęsnym „Batmanie i Robinie”…

 

najlepszy moment: CHCE PAN ZOBACZYĆ MOJĄ MASKĘ?

ocena: 7,5/10