Batman: Początek
reżyseria: Christopher Nolan
wiec bylem w kinie. nie powiem z kim, bo wyjdzie gejofsko. w kazdym badz razie bylem na filmie co tytul ma „batman begins”. czyli po prostu piata czesc przygod Czlowieka-Nietoperza. choc jak sie okazuje nie do konca…
ale moze gwoli przypomnienia. na poczatku lat 90tych jeden z debesciackich rezyserow tim burton postanowil przeniesc na ekran komiks. moznaby nawet powiedziec ze byl to dosyc pionierki wyczyn, gdyz moda ekranizacje komiksow nastapila wiele lat pozniej. magia tego filmu polegala na tym, ze wcale nie musielibysmy byc fanami komiksu by moc sie nim zachwycic. nie sposob sie bylo nie zachwycic forma calosci – cala ta mroczna otoczka, barokowosc. no i genialna kreacja jacka nicholsona jako Jokera. fani komiksu twierdza ze wszystko fajnie, jest forma, ale tresci zabraklo, a przede wszystkim batmana. dla mnie „jedynka” na brak tresci nie cierpiala, a ze batman byl troszke na drugim planie? coz, zle postaci zawsze sa ciekawsze i wydaje mi sie ze burton niczym tu nie zawinil. zwlaszcza ze michael keaton jako batman dawal rade. potem byl „powrot batmana” – tu juz burton polecial po calosci. calosc, przez niesamowita dawke muzyki, byla dziwaczna mieszanina horroru z baletem, filmu muzycznego z thrillerem. mi sie dalej podobalo, ale najwyrazniej nie szefom wytworni warner bros. bo burtona zastapil joel schumacher. powstal „batman forever”. mrok miasta gotham spowily dyskotekowe swiatla. bylo to gorsze od burtonowych wizji, ale jeszcze przez to nowe podejscie ciekawe. ale juz „batman i robin”, powstaly 6 lat temu, to porazka na calej linii i za ten film schumacher powinien zostac spalony na stosie. dyskoteka, nedzna groteska, produkt przeznaczony dla najmlodszych. nawet czarne charakery nie dawaly rady. i tak oto schumacher zabil batmana. jak sie jednak okazalo, na szczescie nie na zawsze. batman wrocil do gry!
a konkretniej – tym razem za kamera stanal chistopher nolan, ktory mnie kupil genialnym Memento. problem w tym, ze historia zna przypadki, gdy blyskotliwi debiutanci przepadaja na polu filmow wysokobudzetowych. na szczescie z nolanem tak nie jest.
moze fabula? generalnie, jak sam tytul wskazuje, mamy (teoretycznie, ale o tym pozniej) do czynienia z prequelem. czyli jak bruce wayne stal sie batmanem. rodzice gina, czuje sie odpowiedzialny, poprzysiega zemste, trafia do siedliska poteznej organizacji dwoodzonej przez Ra’s Al Ghul’a, gdzie pod okiem henri ducarda zostaje wyszkolony na pierwszorzednego wojownikakoniec koncow trafia do rodzinnego gotham, gdzie rozpoczyna walke ze Zlem. na pierwszy ogien ida carmine falcone, czyli czlowiek rzadzacy swiatem przestepczym gotham, a co za tym idzie – majacy w reku cale gotham, oraz doktor jonathan crane vel scarecrow, psychol eskperymentujacy na ludziach oprzez wywolywanie u nich panicznego strachu.
juz po plakacie, gdzie sa nazwiska aktorow grajacych glowne role, mozna wywnioskowac jaki watek jest w tym filmie najwazniejszy. narodziny batmana – czyliw sumie pierwsza polowa filmu. przede wszystkim treningi u boku ducarda. i tylko obecnosc ra’s al ghula przypomina nam o tym ze mamy do czynienia z komiksem. niby jest fajnie, acz momentami za duzo gadania. a potem jest powrot do gotham i tu juz sie robi naprawde ultra fajnie, aczkolwiek dla odmiany pojawiaja sie totalnie z dupydialogi, zwlaszcza te dotyczace watku milosnego (?). a jest dlatego ciekawiej bo pojawiaja sie ci, ktorzy po prostu stanowia sens kazdego komiksu jak dla mnie, czy to spiderman czy batman – zloczyncy.
bo chociazby nie wiadomo, ile by rezyser poswiecil tasmy filmowej dla pokazania batmana, to naprawde goraca robi sie gdy pojawia sie na ekranie cillian murphy jako scarecrow/crane. kreacja ktora moze stawac w szranki z nicholsonem. duza tu zasluga samej twarzy murphy’ego – arcyciekawa, jest w niej cos niepokojacego. idealny atrybut jesli chce sie grac psycholi. aaaa, i warto zauwazyc, jak kapitalnie jest uzasadniona ta dwoistosc natury crane’a. nie ma motywu „a teraz staje sie psycholem i przywdziewam komiksowy stroj”. brawo dla scenarzysty.
tom wilinson jako falcone rowniez dobry, acz jest to dosyc specyficzna postac, jako ze reprezentuje on „klasyczne zlo” – czyli nie zadnych dziwakow psycholi acz oldskulowa bandyterke.
a poza tym co, plejada gwiazd panie. michael caine jako sluzacy wayne’a alfred – klasa i przepyszna brytyjskosc. morgan freeman jako lucius fox odpowiedzialny za gadzety batmana – freeman nie schodzi ponizej pewnego poziomu. tak samo rutger hauer jako earle, cwaniaczek z firmy wayne’a. ken watanabe jako ra’s al ghul – po prostu jest. za duzo go nie widac, a jesli go widac to jakichs specjalnych emocji nie wywoluje. w roli jima gordona, reprezentanta policji ktory jako jeden z nielicznych trzyma strone batmana, wokalista the eagles of death metal… ups pardon, to byl jednak gary oldman. ale uroda ta sama. oldman chyba po raz pierwszy grajacy postac ewidentnie dobra – i znow jest genialny!
i tylko problem jest z dwoma postaciami. pol biedy katie holmes jako ukochana wayne’a – wcale nie jest taka ladna, a sprowadza film do poziomu produktu hollywoodzkiego, gdzie milosc jest nieodzownym elementem. inna sprawa, ze miedzy nia a wayne’m nie ma w ogole chemii. gdzie jej do kim basinger, ktora w pierwszym batmanie emanowala takim sexapilem i magnetyzmem, ze az ekran roztapialo.
no i christian bale jako tytulowy bohater. jako bruce wayne – nie trzeba sie przyczepiac, choc dla mnie keaton postawil wysoko poprzeczke. ale bale w kostiumie batmana… no cos nie pasi. gdy w kostiumie batmana zaczyna z kims rozmawiac – to juz robi sie naprawde kiepawo. glos nie ten?
dobra, bo jest w chuj pzono a chce spac – film dobry. bardzo dobry. bawiac sie w oceny – na 10 ma mocna siodemke. moze nawet z plusem. szacuken, ze powstalo cos ambitniejszego, nawet nie porownujac do innych erkanizacji komiksow. niestety nieobylo sie bez dialogow i motywow z dupy, ktore przypominaja nam o tym ze wciaz mamy do czynieia z produkcja z hollywood. i ktora nie pozwala postawic „beginsa” obok ekranizacji Burtona. z drugiej strony – czy w XXI wieku moglyby powstac takie ekranizacje jak te made by burton?
a najwazniejsze jest chyba to, ze film nastraja ultrapozytywnie co do dalszych czesci.
i tu niestety smutna uwaga. jest pewna scena w batman begins, ktora kloci sie troche z trescia pierwszego batmana. jak sie okazuje z lektury materialow o filmie – film nolana stanowi totalne odciecie od poprzednich batmanow. innymi slowy – traktujemy tamte czesci jako ciekawostke, a film nolana rozpoczyna „wlasciwy” cykl. uwazam ten pomysl za cokolwiek poroniony. bo szkoda zaprzepascic to wszystko co wczesniej zostalo powiedziane w tym temacie, nawet w tym nieszczesnym „batmanie i robinie”…
najlepszy moment: CHCE PAN ZOBACZYĆ MOJĄ MASKĘ?
ocena: 7,5/10

