Botoks
reżyseria: Patryk Vega
Gdyby przeprowadzono w Polsce ankietę na najmniej wzbudzające zaufanie – czy nawet najbardziej nielubiane – profesje (coś mi podpowiada, że takie badanie mogło już jednak zostać przeprowadzone), to całkiem możliwe że lekarze wszelkiego rodzaju znaleźliby się w ścisłej czołówce, obok np. komorników i kanarów. Oczywiście nie jest to aż tak dziwne – w końcu lekarz kojarzy się z chorobą, a nikt nie lubi chorować. Jednak każdy kto choć raz skonfrontował się z polską służbą zdrowia wie, że ona sama jest toczona przez przewlekłą chorobę, której jedną z przyczyn jest niedofinansowanie i nieodpowiednie zarządzanie, a objawami – niekompetencja i patologia. Ja sam unikam szpitali jak ognia, a po tym jak musiałem spędzić w takowym tydzień – unikam jeszcze bardziej.
Patryk Vega postanowił wyjść tej niechęci i uprzedzeniom społeczeństwa polskiego wobec służby zdrowia naprzeciw. I to nie był zły pomysł, a uważam nawet że wręcz przeciwnie. Wszyscy doskonale wiemy, że „Na dobre i na złe” czy „Lekarze” to fikcja mająca pokrycie w rzeczywistości tylko w przypadku najbogatszych, prywatnych placówkach lekarskich. I warto przypominać, że chociaż siłą rzeczy także w tej kategorii jest lepiej niż 10 czy 20 lat temu, to wciąż daleko naszej służbie zdrowia do optymalnej formy.
Mam jednak problem z tym, że Vega nie tyle pochyla się nad problemem polskiej służby zdrowia i go analizuje, co żeruje na nim. A to jest jednak różnica. I kiedy nawet patrząc na plakat masz wrażenie że gdzieś już go widziałeś – np. przy całej serii PitBullowych filmów – to trudno się oprzeć wrażeniu, że ktoś tu wyhodował kurę znoszącą złote jajka i za chwilę (obstawiam najdalej rok) doczekamy się kolejnego filmu według tego samego szablonu, mówiący o środowisku np. nauczycieli albo wspomnianych kanarów. Czyli pokazujemy największą patologię jaka nam przyjdzie do głowy, bohaterom każemy mówić językiem gdzie nie-przekleństwa będą służyć jako przecinki, a to wszystko opatrzone dowcipem rodem z polskich stand-upów (no właśnie – może pokazać środowisko polskich kabaretów w następnym filmie? to jest dopiero patologia!) i nie pozostawiającym wątpliwości „oparte na prawdziwych wydarzeniach”.
Ale ok, nawet jeśli założymy że film o takim temacie jaki porusza „Botoks” był potrzebny. Nawet jeśli uznamy, że Vega miał dobre intencje – patrząc jak trzaska kolejne wariacje „Pitbulla” mam wątpliwości co do tego, ale spróbujmy. Dalej jednak pozostaje sporo kwestii, które pozwalają uznać „Botoks” co najwyżej za średni film (choć moim zdaniem mimo wszystko nie tak tragiczny jak wielu sugeruje). Wymieńmy kilka z nich.
Primo. Nie chcę wypominać Vedze nie ukończenia szkoły filmowej, bo nie szkoła czyni artystę. Ale być może gdyby miał fundamenty „techniczne” to wiedziałby, że zainteresowanie widza kupuje się bohaterami, z którymi można sympatyzować lub wręcz przeciwnie – do tego stopnia przeraża nas ich złe postępowanie, że oczekujemy ich upadku. Można oczywiście uczynić postaci wielowymiarowymi, trudnymi do sklasyfikowania – wtedy jesteśmy ciekawi, która ich natura, dobra czy zła, ostatecznie zwycięży. ALE. Jeśli głównymi bohaterkami filmu czynimy kobiety skrajnie antypatyczne, wyprane z empatii, skorumpowane i po prostu – nie wzbudzające żadnej sympatii, a to wszystko w celu pokazania tej patologii która toczy służbę zdrowia, to nie dziwmy się, że pokierowania ich losów w kierunku klimatu „Lejdis” nikt nie kupi. Chyba że dysponujemy aktorkami na poziomie Meryl Streep, a nie – z całym szacunkiem – Agnieszki Dygant. Serio mam się wzruszać losem laski, która wcześniej robi pośmiechujki z tego ile to jej pacjentów nie zeszło?
Secundo. Ma prawo mieć Patryk Vega własne zdanie w temacie aborcji. Jednak nawet zwolennicy pro-life nie spłyciliby problemu tak, jak zrobił to Vega – a uczynił to w sposób chamski i obrzydliwy, bazujący na stereotypach lasek dla których aborcja jest tym samym co tabletka 48h po. I żenuje mnie że w tym „statement” wzięły udział kobiety, które nie dalej jak rok temu biegały po Warszawie i fejsbukach z hasztagiem #czarnyprotest na ustach. Kwestionujący prawo do aborcji dostali tym filmem pożywkę, ale jeszcze większą dostali ci kwestionujący rozgarnięcie polskich celebrytów.
Tertio. Ja wiem kurwa, że w pierdolonych szpitalach nie mówi się kurwa wierszem, zresztą gdzie się kurwa nim mówi? No ale ja pierdolę, jeśli nawet jakichś dwóch kurwa pojebów w dresach siedzących niedaleko mnie w pierdolonym kinie mówi „o kurwa, ale oni w chuj przeklinają”, no to KURWA jest coś na rzeczy. No ale wiadomo kurwa, nic tak kurwa nie śmieszy jak słowo kurwa zestawione ze słowem chuj, a najlepiej jak się kurwa doda do tego pierdolę, albo spierdalaj, albo no nie wiem kurwa, pojebało na przykład? No i kurwa jest wtedy kurwa śmiech jak chuj.
I chuj.
najlepszy moment: no kurwa naprawdę nie wiem
ocena: 5,5/10
