Beth Ditto
kto: Beth Ditto
Kolejny koncert z cyklu „przychodzisz bez żadnych oczekiwań, a wychodzisz totalnie oczarowany”.
Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem specjalnym fanem The Gossip – za wyjątkiem tych najbardziej znanych, rzeczywiście petardowych singli – więc niespecjalnie rozpaczałem kiedy odpuścili sobie wspólne granie. Wiadomo było wszak, że pchająca niemal samodzielnie ten wózek Beth Ditto nie tak łatwo da światu o sobie zapomnieć. I rzeczywiście – w te wakacje ukazał się debiutancki solowy długograj „Fake Sugar”. Zdecydowanie bliższy Adele niż The Stooges, choć wziąć z rockowym pazurem. Ani artystycznie, ani tym bardziej komercyjnie (USA nawet nie zauważyły tego albumu) wiele wokół się tego albumu nie wydarzyło, jednak charyzma Beth każe przypuszczać, że w wersji koncertowej ten materiał broni się znacznie lepiej. I tak też się stało.
Niestety aktualny status Beth na rynku muzycznym przełożył się na frekwencję w Progresji – sala wypełniła się w około 50 procentach. To już nie te czasy indierockowego prosperity z albumami produkowanymi przez Ricka Rubina i graniem na Torwarze. A mimo to – chociaż być może raczej właśnie dzięki temu – koncert przepełniony był atmosferą luzu, bezpretensjonalnego spotkania starych znajomych. Rzekłbym prawie że babski wieczór, bo większość publiki stanowiła płeć piękna – i to raczej z kręgów LGBT. Dlatego mimo że instrumentarium rockowe (sekcja rytmiczna + gitara + klawisze) i takie też brzmienie, to sam koncert nie miał nic wspólnego z rockerskimi klimatami. Pełna kultura i taniec zamiast obijania ryjów w pogo. Ot, czyste peace & love (i nie ma w tym cienia sarkazmu!).
A w tym wszystkim Ona. Grająca wyłącznie na własnych zasadach, bez presji spojrzeń i oczekiwań masowej publiki i mediów polujących na ekscesy „tej grubej lesby”. Absolutnie przeurocza, szczera, bezpośrednia. Nie mająca nic ani z wyniosłej divy, ale też nic z nawiedzonej przesłaniem miłości wokalistek pokroju Florence W. Kokietka? Zdecydowanie tak, ale wyłącznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I to zarówno do publiki, jak i do muzyków – nie wiem który to koncert na trasie, ale życzyłbym każdemu zespołowi takiego kontaktu na scenie. Grypsów Beth nawet nie zliczę – osobiście wyróżniłbym ten z mikrofonem w bukiecie kwiatów. Jeśli to było wcześniej zaplanowane, to mamy kandydata na przyszłorocznego Oscara w kategorii Aktorka Roku.
Oczywiście nie zapominajmy o Muzyce. Setlista oczywiście zdominowana przez piosenki z debiutu – bez większych odstępstw w stosunku do studyjnych wersji, ale chyba też nikt takowych nie oczekiwał. Przepięknie rozkwitł w tych warunkach „We Could Run” – numer mający niemal hymniczny wydźwięk. „Fire”, pierwszy i jak dotąd największy singiel z albumu, zakończył bisy mocnym akcentem, choć jeszcze doszedł epilog w postaci wykonania a’capella refrenu „Move In The Right Direction”. To zresztą nie jedyna wycieczka w przeszłość – w secie głównym był jeszcze „Love Long Distance” i kapitalny „Standing In The Way Of Control”, a na bis „Heavy Cross”. Tu już nie było osoby która by nie tańczyła.
To nie był Koncert Sezonu, być może nawet nie był to najważniejszy koncert tego miesiąca w Warszawie. Ale naprawdę nie widzę powodów, dla którego miałby ktoś z tego koncertu wyjść niezadowolonym.
najlepszy moment: Heavy Cross
ocena: 7,5/10
