Bobby McFerrin – Simple Pleasures
wydawca: Manhattan
jak juz pisalismy wczesniej, na „Strange Angels” Laurie Anderson goscil taki kolo, co sie Bobby McFerrin nazywa. to teraz czas napisac conieco o tym panu. beda az dwie notki.
swego czasu Bjork, wydajac oparta tylko na odglosach paszcza „Medulle” mowila, ze zamierzenie przyswiecajace tej plycie bylo takie, by nie brzmiala ona „jak popowa plyta Bobbyego McFerrina”. i chociaz kocham Bjorkowa, to trudno nie zauwazyc, ze pieprzy ona czasem glupoty. bo po pierwsze, patrzac oglednie na tworczosc McFerrina jasne jest, ze blizej mu do jazzu niz popu. po drugie, szacun nalezy sie dla kolesia, bo to on wprowadzil plyty w calosci nagrywane a capella do mainstreaumu. mainstreamu, w ktorym i Bjork tkwi, czy tego chce czy nie chce. i np dzieki takim plytom jak „Simple Pleasures” sprzedaz „Medulli” wyniosla tyle, by starczylo Bjorkowej do pierwszego.
w kontekscie powyzszego wybor „Simple Pleasures” na recenzje wypada tendencyjnie. bo to rzeczywiscie jego najprzystepniejsza plyta. zrownowazymy wiec to recka trudnej „Circlesongs”. ale o tym za chwile.
powiedzielismy wiec, ze plyty McFerrina opieraja sie tylko i wylacznie na odglosach paszcza. jego, czasem tez wspolpracownikow. jakie jednak sa w klimacie te utwory? na „SP” akurat jest to glownie tzw urban music. solidnie popisujacy sie ekhm bass, solidny „beat” i przebojowe wokale. cisnie sie na usta okreslenie „wieloglosy”, ale w kontekscie tworczosci McFerrina zabrzmi to troche glupio. generalnie jednak blizej temu do hiphopowego beatboxu niz tego, co wyczyniala Bjork.
a same piosenki? najwiekszy hit tego pana jest wlasnie tu. „Don’t worry, be happy”. nawet jesli wciaz nie wiecie, o kim dzisiaj mowa, to ten numer na pewno kojarzycie. dzieki niemu bobby zgarnal nie tylko multum nagrod grammy, ale tez etykiete one-hit wondera. tak to jest, jak gwiezdzie alternatywy wyjdzie przeboj. ale nie zmienia to faktu, ze to naprawde ultraoptymistycznie nastrajajacy kawalek. jedno z podstawowych wspomnien moich nt lat 80tych.
a najwazniejsze, ze ten kawalek to nie jest jakis wyjatek na plycie. bo np nastepujacy po nim „All I Want” to niemal klubowy killer. gdyby przearanzowac to „normalnie”, bylby ibizowy hit jak nic. tytulowy track to jest natomiast obowiazkowy numer na budzenie sie rano… obok „Don’t Worry, Be Happy” oczywiscie. „Come To Me” i „Drive” tez niczego nie brakuje. ten drugi to jakos tak nawet tajemniczo brzmi. niezaleznie jak bardzo jaraloby nas spiewanie a capella, na dluzsza mete mogloby to nudzic, jak w przypadku kazdej plyty opartej na jednej formule. na „Simpre pleasures” o nudzie naprawde nie ma mowy.
tym bardziej, ze obok autorskich numerow sa tu tez przerobki, w tej samej ilosci zreszta. tutaj przede wszystkim licza sie dwa numery. po pierwsze – „Drive My Car”. jak juz mowilismy, przerabianie Fab Four to ryzykowna sprawa. powinno sie do tego zabierac tylko i wylacznie wtedy, kiedy ma sie pomysl i talent. w przypadku McFerrina warunki zostaly spelnione. ale o ile ta wersja nie zaskakuje jakos zanadto, to po odsluchu „Sunshine Of Your Love” coponiektorzy moga zbierac zeby z ziemi. ten kawalek nawet w tej wersji brzmi jak klasyk rocka. a odtworzenie geba gitarowych partii Claptona, lacznie z solowka – 10/10.
naprawde warto znac.
najlepszy moment: ALL I WANT
ocena: 8/10
