Bob Dylan – World Gone Wrong
rok wydania: 1993
wydawca: Columbia
odkopujemy stare watki.
jak wiadomo, Dylan w pierwszych 10 latach dzialalnosci i Dylan pozniejszy to niemal dwie zupelne rozne osoby. ten pierwszy- Artysta, Geniusz, Innowator, a ten drugi… „wyrobnik” badz „rzemieslnik” byloby gruba przesade, zreszta wyznaje zasade ze Artysta, tak samo jak Rzemieslnikiem, sie jest, a nie bywa. sprawiedliwiej byloby powiedziec, ze albumy Zimmermana z trzech ostatnich dekad swiadcza o tym, ze samo dysponowanie Talentem nie wystarcza do stworzenia wybitnego dziela. trzeba miec jeszcze pomysl, jak nim zarzadzac.
pod tym wzgledem bilans hit-and-miss’ow Dylana w tym pozniejszym okresie dzialalnosci jest niekorzystny, choc nie tragiczny. mimo wszystko zdarzaly sie przeblyski, ktore moze nie maja szans w konfrontacji z takim „Blonde On Blonde” chociazby, ale na tle wydawnictw innych artystow wypadaly na tyle dobrze, ze zawsze mile widziany byly we wszelakich rankingach. vide „Slow Train Coming” czy „Time Out Of Mind”. dziennikarstwo muzyczne wyroznia tu takze „World Gone Wrong”, laureata Grammy za folkowa plyte roku. publika byla zas zgola innego zdania i do dzis ten album pozostaje najgorszym Dylanowym wydawnictwem pod wzgledem obecnosci na listach sprzedazy. i jak na moj gust tym razem masy mialy racje.
na pewno jest to album zaskakujacy, swiadczacy o tym, ze Dylan wciaz kroczy zupelnie wlasnymi sciazkami, niepokrywajacymi sie raczej z tymi, ktorymi kroczy wiekszosc wspolczesnej sceny muzycznej. w okresie, kiedy kluczem do sukcesu bylo podkrecanie wzmacniaczy, Dylan wydaje album stanowiacy powrot do swoich folkowych, akustycznych korzeni. ok, zaskoczenie byloby jeszcze wieksze, gdyby nie wydany ciut wczesniej „Good As I Been To You”. ale tamten byl traktowany jako jednorazowy wybryk – nawet jesli sam Dylan nie dawal powodow ku takiemu mysleniu. zreszta, nawet jesli formalnie „WGW” kontynuuje strategie poprzednika – czyli tradycyjne piesni amerykanskiego folku zaaranzowane na wokal/gitare/harmonijke i wykonane za jednym podejsciem – to efekt rozni sie klimatem unoszacym sie nad calym zbiorem: powazniejszym, wrecz mroczniejszym. w efekcie glupio nawet bylo wytworni wybierac i forsowac w mediach jakikolwiek numer na singla.
coz, nie bede ukrywal: to mile, ze Dylan, biorac na warsztat te 10 klasycznych kompozycji, zlozony hold korzeniom amerykanskiej muzyki, ale tez i wlasnym. no wlasnie – „problem” jest taki, ze Bob Dylan sam do tych fundamentow Muzyki sie zalicza, sam jest klasykiem. i jednak wole go sluchac we wlasnych, nie mniej kanonicznych kompozycjach.
najlepszy moment: DELIA
ocena: 7/10