Bob Dylan – Street-Legal
rok wydania: 1978 (reedycja: 2003)
wydawca: Columbia
No to dalej Dylan i kolejna mini-seria recenzji.
Tym razem będzie znacznie trudniej i mniej miło, bo pomówimy o jego najmroczniejszym artystycznie okresie, jakim były lata 80-te. Zaczęło się jednak robić źle już odrobinę wcześniej. O ile „Desire”, który omówimy innym razem, był godnym następcą uznanego „Blood On The Tracks”, tak „Street-Legal” stanowi jedną wielką porażkę.
I to co najmniej na kilku płaszczyznach. Poza całkowicie nowym obranym kursem muzycznym – zmienił się sam Dylan. To już nie był skromny folk-chłopaczek, ale też i nie owiany mityczną otoczką głos pokolenia czy też zmęczony swą sławą buntownik, na przekór wszystkiemu nagrywający płyty country. Dylan circa „Street-Legal” używał eyelinerów i jeździł w trasy, których program składał się z hitów dobieranych według uznania promotorów. No i co najważniejsze – na te trasy jeździł z big bandem, na który składała się m.in. sekcja dęta i żeńskie soulowe chórki. Pół biedy, gdyby format ten dotyczył wyłącznie koncertów. Dylan postanowił jednak zaprosić cały ten kuriozalny zespół do studia nagraniowego, nagrać naprędce zestaw utworów w ilości wystarczającej na wypełnienie LP (ilość odrzutów z sesji wyjątkowo tym razem znikoma) i samemu je wyprodukować. Efektem tego ta dość smutno skomponowana, smutno zagrana i smutno brzmiąca płyta.
Smutno się słucha takich sielankowych fragmentów jak „No Time To Think”, kiedy wie się, że odpowiada za nie człowiek który był swoimi starszymi o 15 utworami zmienić bieg historii Muzyki. Wyjdę na hipstera, ale trudno sobie wyobrazić bardziej uncool materiał muzyczny niż ten ze „Street Legal”. Soundtrack do łowienia ryb, serio. Nawet jeśli gdzieś pojawia się np. fajnie zadziorne szarpnięcie strun gitary („New Pony”) czy ujmujący klawisz („Baby Stop Crying”), to na ziemie sprowadza np. chórek wokalny. By nie było – nie kwestionuję go z założenia, na wydanym rok później „Slow Train Coming” świetnie zeżarł z utworami, dając w efekcie jedną z najlepszych w moim mniemaniu płyt „późnego Dylana”. Ale tutaj zupełnie się nie klei. Wyróżniające się im plus numery („Changing Of The Guards”, „Senor”) to te, które dają najmniej powodów do zażenowania.
Unfocused. Słowo, które bardzo lubię w oryginale, a który przetłumaczony traci prawie cały swój sens. Dylan na „Street Legal” jest unfocused do granic możliwości.
najlepszy moment: CHANGING OF THE GUARDS
ocena: 6,5/10