Evita: Music From The Motion Picture
wydawca: Warner
Ubóstwiam Madonnę. To jest fakt. Nie jestem jednak tą fascynacją zaślepiony na tyle by nie dostrzec, że od ponad dekady nie nagrała ona ani jednej dobrej płyty. Słabość płyt od „Music” włącznie to rzecz, która poza bazą fanów Madonny nie podlega dyskusji. Są też tacy którzy twierdzą, że Madonna skończyła się na „Like A Prayer”, ale to już są wyjątkowo nieżyczliwi ludzie. No i jest soundtrack do „Evity”, który przerasta moje możliwości choćby zdawkowo obiektywnej oceny.
Więcej niż pewne jest to, że rola Evy Peron w dziele Alana Parkera jest najlepszym aktorskim dokonaniem Madonny, deklasującym jej wszelkie pozostałe podejścia do materii filmowej (choć trudnym, jak wiemy, to nie jest). Filmu dotąd nie widziałem i, prawdę powiedziawszy, nie zapowiada się na zmianę tego stanu rzeczy. Z prostego powodu: to musical. Poza chlubnym wyjątkiem w postaci pełnometrażowego filmu „South Park” gatunek, którego nie rozumiem i zrozumieć nie zamierzam.
Co może być jednak gorszego od musicalu? Musical pozbawiony wizji, w czystej audio postaci. Dlatego wybaczcie, ale nie jestem w stanie ocenić, czy te interpretacje piosenek tandemu Webber/Rice są dobre. Mój odbiór tych 19 nagrań lawiruje na sinusoidzie, na której najniższą wartością jest chłodna szydera i zażenowanie, a najwyższą – stan totalnego podkurwienia. Nie jestem w stanie zaakceptować tak aktorsko zmutowanej, przerysowanej formy w muzyce. Mój gust muzyczny tego zwyczajnie nie przyjmuje, tak jak moja seksualność nie jest w stanie uwzględnić możliwości kopulacji z owcą czy kozą. Jesteśmy tylko ludźmi, nasz organizm nie jest wiecznie otwartą furtką, przez które przechodzą bez problemu wszelkie dewiacje i wynaturzenia. Uważam się za bardzo liberalną osobę, ale twórcy musicali rzeczywiście powinni siedzieć w ostatnim rzędzie, a nawet za murem.
Przypomniał mi się koncert poświęcony Nickowi Cave’owi w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, którego zapis DVD zresztą tu swego czasu omawialiśmy. Uderzające było tam, jak potrafią różnić się interpretacje osób parających się zawodowo aktorstwem a tych, które wywodzą się ze świata muzyki. I tu jest podobnie. Niby Madonna wczuwa się w musicalowo-filmową konwencję, ale ani przez moment nie brzmi to sztucznie, groteskowo, czego zupełnie nie da się powiedzieć o wykonaniach Antonio Banderasa czy Jonathana Pryce’a (pozostałe główne role musicalu). Inna sprawa, że pomimo sukcesu komercyjnego najbardziej osławiony tu „Don’t Cry For Me Argentina” już raczej nigdy nie wejdzie w poczet ulubionych numerów z repertuaru Madonny – i to nawet, jeśli równać do mniej żelaznych klasyków z lat 90-tych. Co innego „You Must Love Me” – to naprawdę piękny, intymny, bazujący na szlachetnie oszczędnej aranżacji. Nie jest chyba przypadkiem, iż jest to jedyna premierowa pozycja na tej płycie, choć także popełniona przez Andrew Lloyd Webbera.
O wiele łatwiej żyje się, nie traktując tego wydawnictwa jako dzieła Madonny. Nawet jeśli jednak sam projekt pt. „Evita” wypada uznawać za kolejne zwycięstwo Madonny.
najlepszy moment: YOU MUST LOVE ME
ocena: 5,5/10
