Benagain – Temat Zastępczy
wydawca: DIY
nie chce robic z siebie wielkiego ideowca, Matki Teresy muzycznego dziennikarstwa itp. ale cieszy mnie niezmiernie, ze blog ten po tylu latach i takiej czestotliwosci wpisow jest kierowany tylko i wylacznie zajawka. zreszta prawdopodobnie jest to zrodlo jego dlugowiecznosci. oczywiscie mile sa propsy we wszelakiej formie (czy polubiles juz tego bloga na facebooku?), ale najwieksza motywacja do prowadzenia tego bloga wciaz pozostaje moje uwielbienie dla Muzyki jako takiej. oczywiscie nie kazdej jej odmiany i nie kazdego jej reprezentanta, co wiaze sie z kolejnym zrodlem zywotnosci tego bloga – pisze wylacznie o tym, o czym chce napisac, co aktualnie gosci w mym odtwarzaczu i sercu.
nie inaczej bylo w przypadku recenzji wydawnictw WAFP, Garsow czy Bipolar Bears – to ja docieralem do nich, nie odwrotnie. przyznam jednak, ze wiadomosc jaka otrzymalem od Dawida Ciesiolki z Benagain troche mnie zagiela. szczegolow korespondencji wywlekac tu nie bede, powiedzmy ze byla to nie tak bezposrednia propozycja wypowiedzenia sie na temat nowej EPki jego projektu. pewnie kierowana nie tylko do mnie, ale mniejsza z tym. a zagiela mnie dlatego, ze tak po prawdzie byla to pierwsza tego typu „oferta” skierowana do mnie. dlatego tez w pierwszej kolejnosci nie wiedzialem co odpowiedziec i jak sie zachowac. z pomoca przyszlo me polechtane ego, ktore szepnelo mi do ucha cicho, acz stanowczo „posluchaj i napisz, zrob to!”. no to pisze. tyle prywaty, poza tym mam chyba grype i oblalem dzis znowu egzamin na prawo jazdy. a co u Was?
dobra, wracajac do Benagain… na szczescie odsluch „Tematu Zastepczego” nie stawia mnie w klopotliwym polozeniu. generalnie – jest bardzo spoko. dawno juz przestalem bardziej emocjonowac sie indie graniem, ale jednak juz na zawsze takie dzwieki beda mialy swoje miejsce w moim serduszku. Benagain absolutnie nic nowego do tej stylistyki nie wnosi, na szczescie daleko tez im do kalkowania ktoregokolwiek z sztandarowych zespolow nurtu (moze tylko „Era Plancka” zbyt mi podchodzi Bloc Party, tyle tylko ze akurat nigdy bardziej w tworczosc autorow „Silent Alarm” nie wnikalem, wiec mozliwe ze jest to skojarzenie total bezpodstawne). spelnia za to wiekszosc niepisanych postulatow, jakie powinien spelniac porzadny zespol, nie tylko indierockowy – stylowe, international brzmienie, nieglupie aranzacje (dzwoneczki, skrzypeczki, gitary glownie akustyczne, sample), melodyjny (choc fajnie byloby czesciej urozmaicac jego „sennosc”) wokal. wiecej problemow przynosi mi identyfikacja z tekstami („Skinsaaaach”), choc jednoczesnie musze wspomniec o tym, ze wszystkie sa napisane w jezyku polskim. a to – choc zaden ze mnie obronca polskosci – zawsze bedzie wzbudzalo u mnie szacun.
choc brak wiekszej przebojowosci nadrabiaja klimatem (w szczegolnosci „Androgynous” – idealnie mi sie to wbilo w dzisiejszy jesienny nastroj), to jednak moze byc ona wkrotce niezbedna, jesli ma sie w planach wejscie na polskie muzyczne salony. przy odrobinie szczescia i uporze w promocji (lub tez, doslownie rzecz ujmujac, w lansowaniu sie) powinien byc z tej maki chleb.
najlepszy moment: ANDROGYNOUS
ocena: 7/10
