Beastie Boys – Beastie Boys Anthology: The Sounds Of Science
rok wydania: 1999
wydawca: Grand Royal
kontynuujemy watek trzech rymujacych zydow z NYC.
dzis pogadamy sobie o antologii, jaka panowie wydali rok po „Hello Nasty”. niby znow mamy powod, by o zespole wypowiedziec sie bardziej calosciowo. ale poniewaz juz wczoraj podzielilem sie moimi refleksjami na temat zajebistosci BB, wiec przejdziemy od razu meritum.
trza to od razu zaznaczyc – obcujemy niemal z wzorcowym wydawnictwem. 2 plyty, 42 utwory, kazdy omowiony przez samych muzykow w ksiazeczce. repertuar? wszystko to, co pozwala mowic o pelnym obrazie arystycznej drogi danego wykonawcy. przeboje, b-side’y, 3 nowosci. kazdy album ma swojego reprezentanta, wiekszych niedopatrzen reperuarowych brak.
na pewno klarowniejszy bylby ten obraz, gdyby ulozono kawalki w kolejnosci chornologicznej. tak sie nie stalo, co nie zmienia faktu, ze kolejnosc trackow jest arcylogiczna i slucha sie tego bezproblemowo. niemniej my sobie na potrzeby tej notki te numery usystematyzujemy.
zacznijmy wiec od kawalkow pochodzacych z dlugograjow. najpierw „Licensed to Ill”. Def Jam, charakterystyczna produkcja Ricka Rubina mocno posilkujaca sie rockowymi elementami, glupawka w tekstach. ma ten album mnostwo uroku, jednak nazywanie go najlepszym wydawnictwem BB wydaje mi sie conajmniej niedorzeczne. i dobrze, ze w sumie tylko trzy piosenki z debiutu znalazly miejsce na tej antologii. zreszta i tak dobrze, ze az tyle- klasyczny „Fight For Your Right” wg MCA „sucks” totalnie i tylko ze wzgledu na jego zaslugi w popularyzacji BB postanowiono go uwzglednic. dziwne, ze pomineli „No Sleep Till Brooklyn”, ktory w odroznieniu od tamtego numeru wciaz graja na koncertach (vide Open’er). odnotujmy, ze oba walki swoimi popisami gitarowymi opatrzyl Kerry King ze Slayera. zreszta Rick Rubin lubil kojarzyc z soba kapele, nad ktorymi sprawowal piecze produkcyjna – obecny tutaj „Slow and Low” zostal pozyczony z repertuaru Run DMC (i brzmi jak wypisz wymaluj ten zespol). szoda ze nie ma tu mojego faworyta „Girls”, ale jest za to nie mniej debilny „Brass Monkey”.
jak juz wspominalismy wczoraj, „Paul’s Boutique” to byl wzrost jakosciowy o jakies 100%. choc reprezentantki tego albumu obecne na „Sounds Of Science” pokazuja, ze nie bylo to jakies zupelne zerwanie z przeszloscia. wciaz slychac wyrazny beat, wciaz sampli i cytatow od groma, w glosie bboysow wciaz sporo gowniarstwa… a jednak slychac, ze obcujemy ze znacznie dojrzalszym zespolem. ktory wie, co chce przekazac i potrafi to zrobic. tu juz nie ma miejsca na wyglupy i teksty, ktorych beda sie pozniej wstydzic. a sama warstwa muzyczna bedzie dla nich jeszcze dlugo punktem odniesienia. zreszta, nie ujmujac nic Bboysom – to wlasnie robota producencka Dust Brothers zachwyca tutaj najbardziej. zastosowanie sampli ocierajaca sie… nie, juz bedace Geniuszem. przesuniecie ciezaru z rockowej energii i prostoty na rzecz tanecznego bujniecia i brzmieniowego wypasu.
dalej mamy „Check Your Head” i „Ill Comunication”, kazdy reprezentowany tutaj przez siedem kawalkow. kolejne gigantyczne kroki w progresie brzmieniowym, wlasciwie to juz stuprocentowo definiujace brzmienie Beastie Boys. czyli z jednej strony – esencjonalnie hiphopowe granie, przepelnione samplami i skreczami, choc paradoksalnie brzmieniowo majacy znacznie wiecej wspolnego z alternatywnym rockiem czy nawet jazzem anizeli bywalo to wczesniej („Get it together” z goscinnym Q-Tipem, „Root down”, „Sure Shot”). z drugiej strony – stricte „zywe” granie, najczesciej przybierajace forme hc/punowego pierdolniecia („Sabotage” oczywiscie, ale tez „Gratitude”i „Time Of Livin”), ale rownowazone wysmakowanymi, rozimprowizowanymi formami („Something’s got to give”, „Sabrosa”). na tej wysokosci panowie mogli juz nagrac Wszystko. totalna artystyczna wolnosc.
o zadnych wprawkach w przypadku zawartosci tych dwoch albumow mowy byc nie moze, jednak fakt faktem, ze to granie instrumentalne na „Hello Nasty” wypada jeszcze ciekawiej (na antologii mozna sie o tym przekonac sluchajac np „Song For A Man”), jeszcze wszechstronniej. ale juz o „HN” bylo wiecej wczoraj, nie powtarzajmy sie.
a teraz o rarytasach. najbardziej wyrozniaja sie kawalki typu „Beastie Boys”, „Soba Violence” czy „Egg Raid On Mojo”. czyli rzeczy zebrane z debiutanckiej EPki „Pollywog Stew” czy „Aglio E Olio”. wyrozniajace sie brzmieniem – bo to juz czysto hardkorowe strzaly i to bez zadnego brania tego epitetu w cudzyslow – ale tez niestety jakosciowo. oj, podkopuja troche wiare w geniusz trojki tych panow. tym bardziej, ze choc dzieli te kawalki roznica nawet 10 lat, to niewiele one sie od siebie roznia. i nie pomaga nawet podejscie do tych trackow jak do humorystycznych odpryskow wyobrazni BBoysow. skoro o zartach mowa – o wiele smieszniej jest przy „Country Mike’s Theme” i „Railroad Blues”. czyli country tez sa w stanie zagrac… dobrze wiedziec. na drugiej plycie pod numerem siodmym czai sie zas dowod na to, ze Eminem nie byl pierwszy, ktory wprowadzil Eltona Johna w swiat hiphopu. „Benny And The Jets”. instrumentalny podklad dostarczaja Beastie Boys, na wokalu Biz Markie. po tym ostatnim trudno raczej spodziewac sie jakiegokolwiek liryzmu i nie inaczej jest tym razem. a jednak jest sporo beki bez przekraczania granicy zenady. wiec gratulacje, chyba. jedziemy dalej – „Body Movin”, „Three MC’s And One Dj”, „Pass The Mic” i „Jimmy James” otrzymujemy w innych wersjach niz te znane z albumow. pierwszy, w bigbeatowym remixie Fatboy Slima, promowal antologie. drugi to ociupinkie zmodyfikowana wersja klipowa. geneze trzeciego, tutaj jako „Dub The Mic”, tlumaczy sam tytul. ostatni zas to znana z singla wersja, gdzie zamiast podrobek spreparowanych przez zespol mamy oryginalne sample z Jimiego Hendrixa. akapit zakonczymy znanymi z siedmiocalowek wyglupami (m.in. rejestracja w toalecie) „Boomin Granny” i „Netty’s Girl” oraz pochodzacym z soundtracku do „Krush Groove” „She’s On It”, brzmiacy jak nieslubne dziecko „Fight for your right” i „It’s Tricky”.
no i na sam koniec nowosci. „Alive”, drugi singiel promujacy antologie, to beastie boys hiphopowy, po linii „So Whatcha Want” i „Root Down”. „Twenty Questions” to zas bossanova, powstala zreszta w wyniku tego samego przyplywu weny, ktory dal zycie „I don’t know” z „Hello Nasty”. natomiast mi najbardziej odpowiada stad „Live Wire”. kapitalny loop perkusji, chore tlo dzwiekow i natchniony, mantrowy wrecz spiew Ad-Rocka.
czy ja juz wspominalem, ze ci kolesie sa Bossami?
najlepszy moment: LIVE WIRE
ocena: 9/10