Beach Boys Hardcore Show
kto: Deadlock, Faust Again, The Cuffs, Aporia
Ucho. Paciorkowi już się nie chce organizować festów, ale znalazł następców. Trzeba przyznać, że debiut zacny, z dobrym składem. Wszechstronnym przede wszystkim.
Bo na pierwszy ogień poszła Aporia z Tczewa, która dotychczas gościła w Trójmieście głównie w ramach DIY-owych gigów organizowanych przez Królika. Ostatni taki występ miał miejsce w lipcu na DIY feście w Negatywie. Cóż, zarówno koncerty w Negatywie, jak i w Orbitalu mają tę przyjemną cechę, że ze względu na niewielkie rozmiary klubu interakcja i klimat są już zapewnione. Ale dobrze czasem zespoły sprawdzać w ciut innych warunkach. Np. w takich, gdy występują w dużej, profesjonalnie nagłośnionej sali dla publiczności niekoniecznie zorientowanej na tego typu muzykę, jaką prezentuje Aporia. Bo panowie się zdecydowanie wyróżniali. W końcu to emo. Żadnego jednak mazgajstwa, przejmujące krzyki i jazgot instrumentów. I chociaż na początku dało się słyszeć okrzyki typu „jebać emo”, to panowie wyszli z tej sytuacji jak najbardziej obronną ręką. Teraz można było się przekonać, że jednak ten zespół to coś więcej niż zaangażowane teksty z dodatkiem muzycznym. Teksty dalej poruszają, ale przede wszystkim słychać w tym Muzykę, co wciąż dla mnie będzie w tym wszystkim najważniejsze. A teksty nietraktujące o dupie Maryni można zapisać jako szereg plusów. Nie tak wirtuozerskie jak Isis, nie tak przejmujące jak Die Last, ale wierzę, że to wszystko jeszcze przed Aporią. Brawo, chłopaki.
Szkoda, że jednak nie tak wiele osób chciało się przekonać o tym, jakie postępy poczynił ten zespół. Frekwencyjnie nie było źle, ale już na występujących po Aporii The Cuffs było dwa razy więcej luda. Przyznam, że dotychczas znajoma mi kapela tylko z nazwy i entuzjastycznych opinii. Sprawdźmy. Skład z Bydgoszczy. W składzie muzycy m.in. Schizmy. Również ci, którzy byli zaangażowani w projekt 666 Aniołów, który grał covery punkowego Misfits. Tak, wszystkie tropy prowadzą do jednego stwierdzenia – The Cuffs grają rokendrola. Punkowe rytmy, głównie te z rejonów Misfits. Choć to, że zagrali cover Motörhead, to też nie przypadek. Dorzućmy jeszcze może Ramones i właściwie już po sprawie. Do słuchania głównie na koncercie w trakcie pogowania. Nada się też na deskorolkę/wrotki. Ale co też miłe, parę numerów da się posłuchać i w domu. Choć zdecydowanie warto się przejść na ich koncert również ze względów wizualnych. Oczy kierujemy na wokalistę. Przyciąga wzrok nie tylko masa. Rękawiczki dla mnie hitem wieczoru.
Sporo głosów zasłyszałem, że to był występ wieczoru (nie wyłączając Deadlock). Mam inne zdanie, ale jestem w stanie zrozumieć tę opinię.
Po występie czarnego konia wieczoru czas na tych, których nazwa przyciągnęła największą liczbę osób (sądząc po późniejszej frekwencji – dotyczy to także gwiazd z Niemiec). Faust Again. Ostatnim razem nie mieliśmy szczęścia do tych panów. Gdy występowali na pożegnalnym show Sunrise w Warszawie w kwietniu tamtego roku, załapaliśmy się na ich dwa-trzy numery. Wychodzi na to, że pełnoprawny ich koncert widziałem z trzy lata temu w Uchu. Wtedy to już podążali drogą podobną tej, którą obrali np. Angelreich (wg mnie z o wiele lepszym skutkiem): hardcore mieszany z solidną porcją metalu, za sprawą wokalu kojarzącym się nawet z rzeczami typu Mayhem. Black, panie. Tyle że w międzyczasie wiele się wydarzyło. Wiele nowych numerów, wśród nich np. takie jak „Circle of Confusion”. Duża porcja melodii, choć tej np. rodem z Toola. Brzmi absurdalnie, no ale tak mi się kojarzy. I tak też to brzmiało w tej skondensowanej dawce w Warszawie. A tu nagle wychodzą wczoraj na scenę w Uchu, zaczynają grać i nie wierzę. Ekstrema. EKSTREMA. Bez litości. Bliżej „The Truth Is Absolution” niż ostatnim dokonaniom. Przynajmniej w wersji koncertowej. Może chcieli się podpasować pod gwiazdę wieczoru? Nie wiem. Dla mnie to była miazga, najlepsza, jeśli chodzi o polskie reprezentacje tego wieczoru, ale jednak obawiam się, że mógłbym mieć problemy z odsłuchaniem takiego bootlega w domu. No ale z drugiej strony – w tej muzyce właśnie chodzi o koncerty… Zresztą – w domu się słucha płyt, na których fauści wciąż brzmią jak pierwsza liga takiego grania. Na koncertach najwyraźniej obierają inną drogę. Sądząc po reakcji publiczności – jak najbardziej słuszną. Więc trudno być na nie. Szacunek. I przyznam nawet szczerze, nawet w tak ekstremalnym wydaniu wolę chłopaków od tych wszystkich metalcore’owych wynalazków z zagranicy. Wielki Szacun.
No ale cicho sza. Bo oto, po występie Faustów (na szczęście trochę dłuższym niż poprzedzających ich załóg) występuje właśnie jeden z tych zagranicznych wynalazków.
Przesadziłem. Niemcom z Deadlock jeszcze ciut daleko do popmetalcore’a Calibana. Choć to przecież ich ziomki, z którymi zresztą nawet występowali swego czasu w Polsce, a i w innych krajach często występują razem. Choć prawda też taka, że niektórzy mieliby problem z zakwalifikowaniem Deadlocka do nurtu hardcore. Zachowania typu łapki układające się w rożki czy heavymetalowe pozy gitarzystów to jedno (o zachowaniu zresztą będzie jeszcze później). Imidż typu długie włoski i koszulki Iced Earth też swoje mówią (choć wokalista miał z kolei koszulkę Misfits). Ale dźwiękowo brzmiało to również tak, jakby panowie bardzo chcieli wystąpić na jakiejś Metalmanii or something. Ekstrema, ale jednak jeszcze lepsza niż Faust Again. Bo jednak mniej w tym dźwiękowej ściany, natłoku brzmień. Jaste, Deadlocki lubią momenty walcowate, atak wszystkich instrumentów naraz. Ale jednak zdecydowanie częściej panowie lubią atakować pojedynczo, że tak to ujmę. Tu perkusja wyjdzie na plan pierwszy, tutaj gitarzysta zapoda jakąś solóweczkę (co swoją drogą też zbliża do metalu). A i co najważniejsze – lubią też panowie zaatakować klawiszami. Gotyckimi. Klawisze i hardcore? No niby beka absolutna, co zresztą po reakcji wielu ludzi nie tylko ja z tego założenia wyszedłem. Ale kurde, właśnie te klawisze tak wyróżniają tych panów spośród maści podobnych kapel. Zresztą, no bez przesady, nie było ich też tak wiele. A i rola ich była bardziej ograniczona do tła niż do instrumentu wiodącego. Ja jestem na tak.
Dziwne jednak, że po występie Deadlocka znów pojawiło się troszkę luda. 1125. W sumie, ja też nie miałbym nic przeciwko. Ale problemy z lokalizacją Ucha znów robią swoje. Gdy się okazało, że jest transport (zresztą ten sam co w przypadku przyjazdu do Ucha), to skorzystaliśmy chętnie. Więc znów nie miałem szczęścia do obejrzenia w całości koncertu legendy polskiego hardcore’u, choć to była już druga szansa. Można wysnuć jakieś teorie po trzech numerach, bo nie sądzę, by później wiele w tej kwestii się zmieniło. Mosh, power godzien takich załóg jak Schizma, no narobiło apetytu. Mam nadzieję, że jeszcze takowe okazje, by zobaczyć załogę ze Złotowa, się nadarzą.
najlepszy moment: DEADLOCK – EARTH REVOLT
ocena: 7/10
