rageman.pl
Film

Batman

rok: 2022

reżyseria: Matt Reeves

 

Smutno mi. Bardzo chciałem czekać na tego nowego Batmana tak, jak czekałem na kolejne części reżyserowane przez Nolana czy jeszcze wcześniej przy tzw. oryginalnym cyklu (przy czym raczej mówimy o filmach kręconych przez Joela Schumachera – kiedy Batmana reżyserował Tim Burton byłem jeszcze na etapie Kaczora Donalda co najwyżej). Kiedy to odliczając dni do premiery robiłem w głowie własną projekcję filmu, bazując na wyciekach fot z planu zdjęciowego i trailerach. O tym, że nowa filmowa wersja przygód Najlepszego z Superbohaterów wchodzi do kin przypomniał mi Facebook tydzień przed premierą.

Oczywiście przyczyn takiego stanu rzeczy jest multum. Najbardziej oczywistą jest ta, że mało kto teraz ma głowę do kinomaniactwa, zwłaszcza w tej części Europy. Nie pomaga też to, że zajawka czymkolwiek stępuje się wraz z wiekiem. Przede wszystkim jednak winni są sami właściciele batmanowej franczyzy,  angażując Christophera Nolana prawie 20 lat temu do podjęcia tematu Człowieka-Nietoperza. Jego trylogia (ze szczególnym wskazaniem na „Mrocznego Rycerza”) stanowi na tyle kompletne dzieło, zawieszająca na tyle wysoko poprzeczkę, że można odważyć się stwierdzić, że swoją odmową kontynuowania losów Batmana skrzywdził tę franczyzę nie mniej niż „Batman & Robin”.

Tu muszę wspomnieć – zapewne nie pierwszy raz – o tym, co uważam za jednego z najgorszych raków toczących współczesną kinematografię – tak zwane rebooty. Być może czasem mają uzasadnienie, ale przeważnie jest to zwyczajny dowód na wyjałowienie studiów filmowych z nowych pomysłów. Nigdy nie byłem fanem Jamesa Bonda, ale szanuję opiekunów jego dziedzictwa za to, że w takie gówna się nie bawią i po prostu kręcą którąśdziesiątą część przygód Agenta 007 co te kilka lat. Owszem, zmieniają się odtwórcy zarówno głównej, jak i drugoplanowych ról, może są tam poboczne historie co jakiś czas pisane na nowo, ale generalnie jest zachowana pewna ciągłość. I nie rozumiem co stałoby na przeszkodzie, by nowy reżyser zaczął tam, gdzie skończył Nolan? Spadłaby korona z głowy? (Tak, wiem że Nolanowe filmy powstały w czasach, kiedy DC Comics i Warner nie mieli w głowie długofalowej strategii budowania własnego uniwersum. Ale powiedzmy sobie wprost – ten wyścig już dawno przegrali z Marvelem i zamiast po prostu robić dobre Filmy w jakiś sposób z sobą powiązane, z uporem dziecka w piaskownicy burzą to co zbudowali i startują od nowa. Bezsens.)

Nie jest przypadkiem, że dotychczas filmowymi adaptacjami przygód Batmana zajmowali się reżyserzy których bez żadnych wątpliwości można nazwać Artystami – Burton, Nolan, nawet ten nieszczęsny Schumacher, który obok kaszan totalnych (włącznie z „Batman & Robin”) potrafił stworzyć filmy wybitne. Ta postać jest na tyle wybitna, wyróżniająca się z komiksowej galerii sław, że chcą się z nią mierzyć nawet ci reżyserzy, którzy nigdy w życiu nie mieli komiksu w rękach. I tu pojawia się Matt Reeves – reżyser raczej wciąż na dorobku, mający na koncie skądinąd świetny „Projekt Monster”. Zdeklarowany fan Batmana, który tworząc scenariusz do nowego filmu bazował na konkretnych historiach z komiksów – a czymś takim zawsze zdobywa się szacunek wielbicieli każdej franczyzy. Człowiek, który ewidentnie miał pomysł na ten nowy film o Batmanie, o czym za chwilę. Można by jeszcze kilka miłych rzeczy powiedzieć o Reevesie, ale wiem też czego o nim nie można powiedzieć i czego nowy „Batman” jest bolesnym dowodem – tego, że jest Artystą. Na ten moment jeszcze wciąż sprawnym rzemieślnikiem i uczniem wielu bardziej uznanych twórców, z jednym na czele.

Na pewno na plus można przypisać to, że Reeves pokazał Batmana od jeszcze innej strony niż te które dotychczas poznaliśmy z jego ekranowych przygód. Nie jest to mroczny rycerz Nolana, gotycka ikona Burtona, na szczęście też nie ma tu nic z kampowości Schumachera czy serialu z Adamem Westem. Batman Reevesa to przede wszystkim genialny detektyw – co ma sens jeśli się pamięta, że Batman zadebiutował w komiksie o nieprzypadkowej nazwie „Detective Comics”. Skoro już idziemy tym tropem, to trzeba jako głównego antagonistę dobrać postać kogoś, kto jak żaden inny złoczyńca z Batmanowej galerii będzie w stanie wysilić nietoperze zwoje mózgowe. I tu wchodzi cały na zielono Riddler, który przy okazji potrzebował trochę „odkiczować” swoją postać, od 30 lat kojarząc się kinomanom z Jimem Carrey’em (choć po prawdzie to jestem jednym z niewielu Bat-fanów uwielbiających „Batman Forever”).

Mamy zatem detektywistyczną intrygę, wyraziste postacie, mroczny klimat i osadzenie w jeszcze bardziej niż u Nolana niekomiksowym, rzeczywistym świecie. Na papierze, ale też jak się okazuje w sprawniejszych rękach – materiał na przynajmniej świetny film. Tymczasem Reevesowi z tego wszystkiego wyszło „Siedem” Davida Finchera, tyle że z Batmanem zamiast Brada Pitta.

OK, ale i to nie byłoby aż takim problemem, zwłaszcza że to słuszna inspiracja. Ale jednak tych grzechów można by wymienić znacznie więcej. Jak to, że facet ewidentnie nie potrafi powiedzieć „cięcie” na planie, nie mówiąc już o edycji na etapie montażu. Kiedy juz byłem przekonany że to jest ten moment by zakończyć film całkiem sprawną puentą, okazało się że posiedzimy w kinie przynajmniej kolejne dwadzieścia minut. A i wcześniej dłużyzny widać gołym okiem. Wygląda też na to, że Reeves nie jest też jakimś specjalnym muzycznym erudytą tak jak jego koledzy po fachu typu Tarantino czy Lynch. Jasne, ja też lubię „Something In The Way” tego niszowego zespołu Nirvana, ale nie jestem pewien czy rzeczywiście aż tak był w tym filmie uzasadniony. No i skoro mowa o muzycznych inspiracjach – ja rozumiem że chciano tu pokazać Batmana / Bruce’a Wayne’a dopiero zaczynającego przygodę z superbohaterstwem, a co za tym idzie- mylącego się, wątpiącego, nie panującego nad emocjami. Ale żeby od razu robić z niego przestarzałego emo inspirowanego Cobainem? Nie jestem purystą Batmanowym, ale wydaje mi się że mieszanie śledzia z truskawkami, choć odważne, niekoniecznie musi być dobrym pomysłem.

Nie chcę jednak tylko hejtować tego filmu, ponieważ dużo rzeczy tu „pykło” – poza klimatem i nowym pomysłem na ukazanie postaci Batmana, całkiem przyzwoicie poradzili sobie aktorzy. Robert Pattison jako emo-batman dobrze sobie radzi i to niekoniecznie jego wina że ktoś miał taki pomysł na jego rolę. Colin Farrell w roli Pingwina to mistrzostwo charakteryzacji, ale to Paul Dano jako Riddler jednak wygrywa w aktorskiej kategorii. Czy jest to jednak rola którą będziemy tak pamiętać jak któregokolwiek villaina jak z poprzednich filmów o Batmanie, włącznie z Carreyem-Riddlerem? Śmiem wątpić.

I tu jest pies pogrzebany. Być może 20 lat temu, w świecie bez Nolanowej trylogii, film Reevesa byłby przełomem i benchmarkiem nie tylko dla przyszłych filmów o Batmanie, ale i generalnie dla wszystkich ekranowych adaptacji komiksów. Dziś, mam wrażenie, ten film był potrzebny przede wszystkim Warner Bros jako być może wreszcie udany zalążek Bat-wersum. Oraz wszystkim Bat-filom, którzy już przebierają nogami na jeszcze dłuższą i jeszcze bardziej reżyserską wersję tego filmu. Innym w zupełności wystarczą filmy Nolana, ewentualnie w bonusie jeszcze Burtonowe interpretacje.

 

najlepszy moment: na pewno ciekawostką jest to, że Riddler kuma z livestreamy i budowanie followersów, ciekaw jestem czy nie zestarzeje się to tak jak pager w klipie „Dilemma” Nelly’ego

ocena: 8/10

Leave a Reply